— Dlaczego pan pracę zestawia z nędzą?... Walką jest ona pewno, ale nie nędzą, a w walce pan zwycięża. Jakaż to nędza, dar usiewania ziemi gwiazdami myśli dobrych i pięknych? Czyż nie jest zwycięstwem to, że pan najpewniej wielu już ludzi oświecił, pocieszył, pięknie natchnął, że pan już sławę zdobył, że nawet pan Ignacy, sąsiad nasz, gdy imię pana wydrukowane zobaczy, woła do córek tak, że aż szyby w oknach dzwonią: „Dawajcież mi go, prędzej, bo ten to tak pisze, że czytając — nie zasnę!”
Komicznie wyglądała, naśladując głos sąsiada, gdy jak zbawienia, czepiał się jedynego autora, którego pisma czytając — nie usypiał.
— Pani mogłaby samego Danta w otchłani piekielnej pocieszyć. Ale ja dziś pociechy nie potrzebuję... takim szczęśliwy!
Głos załamał się mu w gardle; ona zażartowała.
— A ja! Cóż ze mną! Takiej parafiance dostać się po niebytności długiej do wielkiego miasta! Cała jestem radością!
— Pani tak lubi miasto?
Myślała chwilę.
— Lubię i wieś i miasto. Wie pan? Zdaje mi się, że wszystko na świecie lubię. Czasem nawet myślę: skąd to pochodzi, że najsprzeczniejsze rzeczy posiadają dla mnie urok, chociaż coraz inny, ale zawsze miły, taki, że przez niego muszę kochać cały świat. Wszystko jest na swój sposób miłe. Kiedy wjeżdżam do miasta, to mi w tym ruchu, gwarze, turkocie, aż serce zaczyna mocniej bić od radości i chciałabym ptakiem wlecieć w ten zamęt, zobaczyć, usłyszeć wszystko, co w nim jest: domy, rozmowy, obrazy, muzykę...
— Wystawy sklepowe... tysiąc kapeluszy i materyi...
— Tak, tak! I kapelusze również! Słyszę zawsze, że to wszystko jest bańką mydlaną, ale ja i bańki mydlane lubię, bo takie lekkie i ślicznie w nich mienią się barwy tęczowe... Potem, kiedy wracając na wieś, zobaczę nasz dom z topolami, gaj dębowy, obłoki, pola, czuję znowu takie ciche, trochę jakoś smutne, ale głębokie szczęście i myślę, że jeśli wielkie miasto świetnie odbija w sobie blaski tęczowe, to wieś jest sama taką wielką poważną, stojącą nad światem tęczą...