— Ja Brynię bardzo lubię, — ozwała się z nad roboty swéj Rozalia.
— A cóż robić? kiedy już los przybliżył nas tak do tych ludzi, to... to... to... znosić ich musimy... Ale co tam lubić? poco lubić? zaco lubić? grubianka! śmie z tobą kłótnie rozpoczynać...
— I mnie kłótnie te dokuczyły bardzo... ale ona taka biédna!
— Co to biédna! dlaczego biedna!...
— Tak, — wahającym się głosem odparła Rozalia, — marnuje się...
— Dlaczego... — zaczęła stara, ale urwała nagle, i ostry, wyniosły wzrok siwych swych oczu przenikliwie w córkę wlepiła. — Marnuje się! marnuje się! — zamruczała po kilka razy, a patrzała wciąż tak, jak gdyby zbadać i odgadnąć chciała: dlaczego córka jéj wspomniała o marnowaniu się swéj sąsiadki, i co pod wyrazem tym rozumiała, i czy wypadkiem sama o sobie w podobnyż nie myślała sposób. — Marnuje się! — szepnęła raz jeszcze, — wielka rzecz! nie ona jedna... nie jéj nosem panny...
Nie dokończyła znowu. Wysokie, żółte czoło jéj, otoczone pasmami siwych jak srebro włosów, okryło się ciężką chmurą zgryzoty, pomieszanéj z gniewem.
Szarzało już, gdy ozwała się do córki:
— Ciemno już, nie psuj oczu; idź do sionek i samowar nastaw.
— Wody niéma; Marcinowa dziś nie przyszła... chora, czy co? — z trudnością, odrywając się od zajęcia swego, odpowiedziała Rozalia.