— Stasieczek kochany! — szepnęła Rózia, ale wnet dodała — moja mamciu, ja boję się, żeby mamci nie wyszturchali...
— Nie doczekanie ich! ja ich wyszturcham! rozstąpią się tu oni przede mną! — z gniewem sięgającym pasyi zawołała stara i zaczęła znowu iść na przód, krok jéj stał się silniejszym jeszcze, zamaszystszym niż przedtém, kija już nie spuszczała ku ziemi, ale trzymała go przed sobą na podobieństwo bagnetu; — w oczach jéj błyszczała niewysłowiona wzgarda. Zbliżywszy się do wielostopniowego muru pleców, dzielącego ją z oświetlonemi oknami, zawołała gromkim głosem. — Proszę o drogę!
Naturalnie, nikt ani myślał być posłusznym.
— Proszę tu nas przepuścić! proszę zaraz nas tu przepuścić! doniośléj jeszcze powtórzyła.
Za całą odpowiedź, w tłumie odzywały się szepty.
— Patrzajcie! patrzajcie! patrzajcie! O! o! jak grają! Sieh! hörste! a schöne panienkes! Szeroko Julku oczy otwieraj! Oto suknia, jak słońce!
— Poczekajcie! — mruknęła pani prezydentowa i, łokciami wparłszy się w pośród piérwszych szeregów, kij swój w dziwnie szybkie, a zręczne wirowanie puściła. Krzycząc, łając, grożąc, przeklinając, zasłaniając głowy ramionami, ludzie rozskakiwali się w różne strony, a ona, obojętna na obudzane przez się wrażenie, tryumfalnie wraz z dwiema idącemi za nią kobietami przystąpiła do jednego z okien i, z pomocą Rozalii na kamień jakiś wgramoliwszy się, głośno wyrzekła:
— Mówię zawsze, że w teraźniejszym świecie, jak przeciw zbójom, kij zawsze z sobą nosić trzeba... żeby nie kij, to... to... to... to... te żydy i mieszczany zgubili-by nas do reszty!
W godzinę potém, z tłumu stojącego pod oknami domu, w którym brzmiała muzyka, wyśliznęła się drobna ciemna postać kobieca i, przesunąwszy się przez dziedziniec, stanęła przed drzwiami mieszkania Żyrewiczowéj. Tu, na wschodzie, siedziała Brygida, z łokciem opartym na kolanie i policzkiem w dłoni; przy niéj leżał żółty pies, którego ona od chwili do chwili machinalnie gładziła.
— Cóż — ozwała się krótko i szorstko — czy dość już patrzania?