— No, no! — rzekła — alboż tobie źle? Przepadasz za matką twoją, zamiłowałaś robótki, jak mówi pani prezydentowa, i taka zawsze jesteś wesoła...
Rozalia z razu nie odpowiedziała nic, potém przysunęła się bliżéj do towarzyszki, wzięła rękę jéj, która bez oporu ale sztywnie spoczęła w drobnéj jéj dłoni, i zaledwie dosłyszalnie szepnęła:
— Bryniu! wiész co? wychodź ty za mąż, za tego... wiész... co kocha się w tobie!
Brygida wyrwała rękę i z gniewem zawołała:
— A toż co? zkądże to ty, naprzykład, wiész, że ktokolwiek kocha się we mnie?
— Zkąd... ot zkąd... siedzę zawsze przy oknie i robótkę robię... czasem zerknę na dziedziniec, to i widzę... Przez całą wiosnę widzę, jak ten... no wiész kto... patrzy na ciebie i pomaga ci wodę nosić ze studni, a kiedy do ciebie mówi, to zdaje się, że cały drży...
Brygidę przebiegło także lekkie drżenie.
— Widziałaś? doprawdy? a może ci się tylko tak zdawało? — szorstko, lecz cicho wymówiła.
— Jak mamę kocham, nie zdawało mi się! — zawołała Rozalia. — Wiész co? że choć ja na takich ludzi nigdy nie patrzę...
— Na takich! — sarknęła Brygida. — Jacy wy wszyscy jesteście głupi z tymi takimi i owakimi ludźmi! Biedne, jak myszy w pustéj stodole, a ludzi zawsze na takich i owakich dzielicie! Głupstwo na głupstwie jedzie i głupstwo powozi! Z wami wszystkiemi, ile was jest, nie warto nawet rozmawiać... dlatego téż i milczę zawsze, jak zaklęta, a jeżeli czasem usta otworzę, to zaraz żałuję tego... tak jak i teraz...