Rozalia siedziała z twarzą ukrytą w obu dłoniach. Brygida zaśmiała się, zwykłym sobie, krótkim, wewnętrznym śmiechem.
— Aha — rzekła — widzisz, jak zgadłam.
Po chwili Rozalia, otarłszy chusteczką twarz zwilżoną łzami, wzięła znowu rękę towarzyszki.
— Może i zgadłaś — szepnęła — zdaje się, że doprawdy zgadłaś... Takie już widać nasze serce, że potrzebujemy w kimś kochać się... Ja kochałam się dwa razy w życiu: raz za dobrych jeszcze czasów, i to dawna bardzo historya; drugi raz, niedawno... powiem ci nawet pod sekretem w kim, ale nikomu nie powiész? Ot, w Stasiu Żyrewiczu... ach, jak ja się w nim kochałam parę lat temu... potém wyperswadowałam sobie, ale żal został...
— Znowu głupstwo! — szepnęła Brygida.
Rozalia nie dosłyszała szeptu tego i mówiła daléj:
— Ale o mnie niéma co i mówić. Moje wszystko już przeszło i zresztą ja, jeżeli nie wyszłam za mąż, to dlatego, że nic stosownego nie zdarzyło się, a niestosownie wyjść było-by dla mnie z ubliżeniem... Mama wpoiła we mnie zasady odpowiednie urodzeniu memu, i żebym nawet dziś o lat dwadzieścia odmłodniała, nie rozminęła-bym się z niemi za nic w świecie... żeby tam nie wiem co... Ty, co innego; twój ojciec był urzędnikiem, twoja matka jest córką urzędnika, dla ciebie, dajmy na to, że niezupełnie stosownie, ale zawsze z mniejszém ubliżeniem wyjść za takiego...
Urwała i, bliżéj jeszcze przysuwając się, szepnęła:
— Wiész co? że on nawet przystojny...
— On musi być... bardzo dobry — w zamyśleniu wymówiła Brygida.