Stanisław wstał znowu, wszystkie trzy panie z kolei w rękę pocałował i, usiadłszy, starał się nawiązać rozmowę, przerwaną odezwaniem się Rozalii. Nie szło to już jednak i, w kwadrans potém, nie było go już w mieszkaniu Łopotnickiéj.

Cały ten dzień Łopotnicka przesiedziała w fotelu swoim, kamiennie nieruchoma i milcząca. Z głową opartą o poręcz fotelu, z otwartemi nieco od głębokiéj zadumy usty, patrzała w sufit i nerwowym ruchem palców mięła brzegi swego szalu. Wzdychała czasem i stękała, albo mruczała coś niewyraźnego; chwilami wyraz ciężkiéj walki wybijał się na suche, ostre, delikatną żółtawą skórą obleczone jéj rysy. Przez cały czas ten, Rozalia siedziała na nizkim swym stołeczku, pod oknem i, widząc, że matka nie zwraca na nią uwagi żadnéj, od chwili do chwili z cicha popłakiwała. Dnia tego Staś tak ładnie wyglądał i taki był chwilami smutny jakiś, i ona sama taką mu wyrządziła przykrość, że serce jéj ściskało się boleśnie, różne tęskne wspomnienia i myśli przychodziły do głowy. Szczęśliwa Brygida, myślała, że w niéj kocha się taki choćby człowiek, jak ten... o! kochać i być kochaną! Ciekawam téż, z kim się Staś ożeni! Pewnie z jaką młodą i ładną panną. A gdzież moja młodość podziała się? i ja byłam niebrzydka... starało się o mnie kilku... a co mi z tego? ot... zmarniałam!...

Paciorkowa profitka wypadła z palców jéj na ziemię, brzęk jéj przerwał zadumę pani prezydentowéj. Wyprostowała się, na twarz jéj wrócił zwykły wyraz stanowczości.

— Róziu — ozwała się — wiész, gdzie notaryusz... ten, Ickiewicz mieszka?

— Wiem, mamo! — raźnie już i wesołym głosem odpowiedziała.

— Ubierz-że się, jak wypada, idź do tego Ickiewicza i powiedz mu, aby tu jutro z księgą swoją przyszedł... Zapłacę mu za fatygę, a sama pewnie do niego nie pójdę. Powiedz mu, że będzie oblig pisał dla mnie od pana Stanisława.

— To mama pożyczy Stasiowi?...

Z trudnością jeszcze pewną stara odpowiedziała:

— Pożyczę.

A kiedy Rozalia, zbierając się do wyjścia, kładła na głowę czarny, skromny kapelusik, przywołała ją do siebie giestem głowy.