— Ażeby Pan Bóg odmienił usposobienie pewnéj osoby — odpowiedziała.
Przez całe nieszpory modliła się z kurczowo splecionemi dłońmi i wzrokiem, błagalnie utkwionym w wymalowaną na obrazie twarz świętego Józefa Oblubieńca; a wychodząc z kościoła, babom żebraczkom, siedzącym w kruchcie, dała po parę groszy, prosząc, aby modliły się o szczęśliwą zmianę usposobienia pewnéj osoby. Kiedy wracała do domu, na dziedzińcu dogoniła ją, wracająca téż od notaryusza, Rozalia.
— Zkąd idziesz, Bryniu?
— Z kościoła, z nieszporów...
Stanęły obie przy progu mieszkania Łopotnickiéj.
— Cóż? — ciekawie pytała Rozalia; — nie rozmówiłaś się jeszcze z matką?
— Nie jeszcze; ale dziś pomówię z pewnością... postanowiłam i zresztą czasu już niéma! On jutro wyjeżdża, skończył już robotę i spieszy się do drugiéj. Na intencyą szczęśliwego skutku mojéj rozmowy z matką, zaniosłam świętemu Józefowi dwie świece...
— To dobrze! to dobrze! znam sama jednę panią, któréj rodzice nie pozwalali wyjść za lubego... odmówiła koronkę do świętego Józefa, który tak zmiękczył ich serca, że pozwolili. Ale wiész, Bryniu...
Zatrzymała się.
— Cóż? — zapytała Brygida.