— Brygido! Brygido! Brygido!

Prócz tego, trzy razy powtórzonego imienia córki, Żyrewiczowa nic więcéj wymówić nie była zdolna. Brygida, coraz śmielsza i zarazem coraz już posępniejsza, zaczęła znowu:

— I nie biedny on... o! daleko bogatszy ode mnie... bo ja z kapitaliku, który ojciec zostawił, nic, nic, grosza złamanego brać nie chcę... niech będzie dla mamy. Wié on dobrze o tém, bom mu mówiła, że weźmie mię w jednéj sukni i to dziurawéj... on zaś ma majątek.

Na dźwięk ostatniego wyrazu pani Emma ocknęła się nieco z osłupienia.

— Majątek! — powtórzyła głucho — mularz ma majątek! chyba więc z obywatelskiéj rodziny...

— Nie, mamo! mieszczaninem jest i z mieszczańskiéj rodziny... Z Młynowa, ale ma w Młynowie domek z dużym placem i ogrodem.

Tu rozległ się spazmatyczny śmiech pani Emmy.

— Majątek! Więc to majątek! chałupa jakaś w nędznéj mieścinie... z placem i ogrodem... o Boże, mój Boże! co to się dziéje? co jéj jest? czy ja czasem gorączki nie dostałam i tak mi się tylko wydaje? Brygido! Brygido! Brygido!

— Mamo! on w jeden miesiąc więcéj zarabia, niż my całego procentu od sumki naszéj mamy... nie pije, nie traci... nie gbur nawet, choć prosty człowiek! Z człowiekiem takim życie szczęśliwe i... przyszłość pewna!...

— A niech go, z jego zarabianiem i jego...