— Precz! precz! precz! — wymachując ramionami i z twarzą w ogniu, wołała, — dziecko niegodne! niepoczciwa dziewczyno! Ty mię śmiesz od niemłodych wyzywać! w chałupie jakiéjś spokojną starość, z mularką jakąś razem obiecywać! Cóż to ty sobie myślisz? kto ja jestem? Jestem córką pocztmistrza, a matka moja z obywatelskiéj rodziny, bo inaczéj nie poszła-bym za niego! w kogo ty wrodziłaś się? ani w ojca, ani w matkę, ani w babkę, ani w dziada...
— Owszem, owszem! — zawołała Brygida. — Mylisz się, mamo, wrodziłam się w ojca... w biednego ojca mego, który tak samo, jak ja, nie był ani szczupłym, ani powiewnym, i po francuzku nie umiał, i grać nie umiał, i górnie mówić nie umiał, ale taki był pracowity, że przez 20 lat zarabiał, mamo, dla ciebie nie tylko na chléb, ale na torty, cukierki, assamble i stroje...
— Brygido! — krzyknęła Żyrewiczowa, — ubliżasz matce!
Rozgorzałe oczy dziewczyny przygasły znowu, odetchnęła głęboko.
— Przepraszam, — rzekła, zniżając głos, — uniosłam się, przepraszam... ale cóż ja zrobię? prosiłam przecież mamę, błagałam i perswadowałam...
— I bądź pewną, — drżąc cała i na środku pokoju stając, odpowiedziała pani Emma, — że żadne twoje prośby, błagania i perswadowania nic tu nie pomogą. Zwaryowałaś i koniec, a ja waryacyi téj ani pobłażać, ani sama przez nią cierpiéć nie mogę. Co-by na to powiedział pan Stanisław? co-by powiedziała Łopotnicka? U Łopotnickiéj noga-by już moja chyba nie stanęła nigdy. Czy my na pustyni żyjemy, abyśmy sobie według woli za różnych mularzy i młynarzy wychodzić mogły. Żyjemy pomiędzy ludźmi, a kogo ludzie w pogardzie mają, tego i my... bo inaczéj spadniemy same w pogardę ludzką... w błoto! Tak postępować każe nam nasza godność osobista i nasze wznioślejsze uczucia. Ale czyż ty masz w sobie choć trochę osobistéj godności? czyż ty rozumiész, co to jest wzniosłość uczuć? byłaś zawsze grubą naturą i sprawiałaś mi same zmartwienia. Rodziłam cię w większych bolach, niż obu twych braci; dzieckiem byłaś krzykliwém i spać mi nie dawałaś, wrzeszcząc zawsze niewiedziéć czego... potém żadna edukacya nie przyjmowała się do ciebie, żadnego talentu nie miałaś... Bóg wié zkąd i dlaczego rosłaś wielka i silna, jak prosta dziéwka, to téż i teraz...
Mówiła jeszcze długo, ciągle w tenże sam sposób, chodząc po pokoju, rozmachując ramionami, w rumieńcach cała, z iskrzącym się wzrokiem. Brygida milczała, jak grób; na czole jéj zarysowała się gruba zmarszczka, a czarne oczy jéj wpatrzone w ziemię, nabrały przepaścistéj głębi i boleści.
Nakoniec mówiąca kobieta zmęczyła się i stanęła.
— No, — rzekła z rozkazującym giestem, — siadaj, weź robotę, uspokój się sama i mnie daj odpocząć. A głupstwo te wybij sobie z głowy raz na zawsze...
Brygida podniosła głowę.