— To dobrze. Jesteś prawdziwém dobrém mojém dzieckiem. A teraz powiem ci... że da Pan Bóg, nie zginiem! Wierzę w Opatrzność Bozką i w dobre serca tych, z którymi całe życie moje przebyłam... z których koła wygnały mnie okoliczności, ale którzy w biedzie ostatecznéj nie opuszczą nas z pewnością. Dziś i jutro pisać będę listy i roześlę je... do marszałkowéj Korzyckiéj, do Odropolskiego, do Sanickich, tych, co to z Sanowa nad Niemnem, i do innych jeszcze... do innych, z którymi wiążą mię dawne stosunki i to... to... to... wspomnienia. Stasia obwiniać nie będę, ale napiszę im, że chciałam jednego z nas podtrzymać, podeprzéć, z rąk motłochu uratować... Spełniłam święty obowiązek, niech-że oni teraz względem nas spełniają swój...

— Spełnią, z pewnością! — z entuzyazmem zawołała Rozalia, i gorącemi pocałunkami okryła ręce i kolana matki. Więcéj niż kiedykolwiek matka ta była „jedyném jéj dobrem”.

Dnia tego, nad wieczorem, Żyrewiczowa z cicha i nieśmiało weszła do mieszkania Łopotnickiéj. Nietylko była ona cichą i nieśmiałą, ale téż bardzo zmienioną. Przez jednę dobę postarzała o lat kilkanaście. Oczy miała ogniście czerwone, a twarz zbladłą i zmiętą. W mieszkaniu panowała cisza głęboka. Rozalia kończyła spiesznie jakąś robótkę. Łopotnicka, siedząc przy stole pisała listy. Pisząc, nie pochylała się nad stołem ani na jednę linią. Siedziała prosto i sztywnie, rękę dość prędko posuwała po papierze, a w wyrazie twarzy jéj nietylko upokorzenia ani rozrzewnienia nie było, ale owszem, malowało się na niéj zadowolenie z siebie i większa niż zwykle wyniosłość i duma.

Żyrewiczowa na ziemi przy Rozalii przysiadła.

— Co to mama pisze? — szepnęła.

— Listy do obywateli, aby spełnili obowiązek swój względem nas, tak jak mama spełniła go względem Stasia. Spełnią pewnie i nie dadzą mamie nędzy przenosić.

— Najpewniéj spełnią i nie dadzą nędzy przenosić! — odpowiedziała wdowa i, żałośnie splatając ręce, dodała: — Mój Boże! co to jest z obywatelskiéj rodziny pochodzić!

Potém cichutko i pokornie zaczęła prosić Rozalii, aby dopomogła jéj do sprzedania fortepianu.

— Ostatniego rubla Brynia na mieście dziś rozmieniła, i nie wiem, doprawdy, co to z tego wszystkiego będzie? Tymczasem muszę, muszę sprzedać fortepian.

Mówiła, że nikt sobie wyobrazić nawet nie może, ile ją kosztuje rozstanie się z fortepianem, ale cóż począć? Nic kosztownego więcéj nie posiada. Rozalia ma więcéj od niéj znajomości na mieście... niech postara się o kogoś, ktoby chciał nabyć i zarazem zapłacić. Rozalia przyrzekła chętnie, a potém zauważyła, że pani radczyni bardzo źle wygląda, i zapytała, czy nie czuje się chorą.