— Co to, niezła, moja mamo! to anioł nie kobieta! już to doprawdy mego szczęścia trzeba, aby dwa razy tak dobrze trafić. Piérwsza żona moja była także aniołem. Straciłem ją. Dom bez gospodyni, drobne dzieci bez matki... A ot teraz mam sobie znowu kobiecinę poczciwą, dobrą, pracowitą i — chwała Bogu!
Mimo woli przypomniałam sobie to, co kiedyś mówiła mi o szczęściu niemowląt, mających przy sobie ramiona jakieś, które je tulą i ogarniają.
Po chwili zapytałam ją na stronie:
— Co ci jest dzisiaj?
— Sama nie wiem — odszepnęła — miewam czasem dni takie, że czuję się zmęczoną, jak spłakane dziecko. — I z uśmiechem dodała zaraz: — Ale to przejdzie!
Po raz piérwszy ośmieliłam się dotknąć osobistych spraw jéj i uczuć.
— Czy nie czujesz w sobie goryczy... urazy? — z wahaniem zapytałam.
Wpatrzyła się we mnie zdumioném spojrzeniem.
— Urazy? — zapytała — do kogo? Alboż ktokolwiek przeciwko mnie zawinił? Alboż ludzie winni temu, że jestem taką, jaką jestem? Gdyby oni stwarzali mię, ulitowali-by się pewno i nie zaopatrzyli-by mię na drogę życia w niepotrzebne dla niéj rzeczy. Ale oni mnie nie stwarzali...
W téj chwili zawołano ją do bałamuta. Wstała. Zatrzymałam ją i zapytałam: