Usiedli przy stoliku, a Stefan począł wykładać Levaque’owi swój projekt kasy wsparć. Mówił z zapałem neofity propagatora.
— Każdy członek — powtarzał — zapłaci co miesiąc franka, a za cztery lub pięć lat urosną z tego skarby ogromne. Gdy się ma pieniądze, drwi człek ze wszystkiego — nieprawdaż? No, więc cóż ty na to?
— Mówię — odparł Levaque z roztargnieniem — że ani nie, ani tak... pomyślę nad tym... pomyślę.
Zajął się bardzo jakąś blondynką i mimo że tamci, wypiwszy swoje, chcieli iść dalej, uparł się zostać, by usłyszeć następną piosenkę.
Gdy wyszli, Stefan ujrzał znów Mouquette. Śledziła go, patrzyła nań swymi wielkimi oczyma i uśmiechała się, jakby chciała zapytać: — Cóż, chcesz? — Powiedział jej jakiś dowcip i wzruszył ramionami, a Mouquette machnęła ręką ze złością i znikła w tłumie.
— A gdzież jest Chaval? — spytał Pierron.
— Tak... prawda, zginął gdzieś... — odparł Maheu. — Już wiem, gdzie będzie, pewnie u Piquette’a. Chodźmy do Piquette’a.
U drzwi Piquette’a zatrzymali się z powodu jakiejś głośnej kłótni. Zachariasz wygrażał pięściami jakiemuś flegmatycznemu, barczystemu walońskiemu robotnikowi z fabryki gwoździ, a Chaval przyglądał się z rękami w kieszeniach spodni.
— Ot, tam stoi Chaval — rzekł Maheu spokojnie — jest i Katarzyna.
Od pięciu już godzin wałęsały się przesuwaczki pod rekę ze swymi kochankami po szerokiej ulicy Montsou, obstawionej niskimi, jaskrawo malowanymi domkami. Tłum był tu mimo upału gęsty. Przelewała się fala ludzi niby pasmo mrówek, tonąc gdzieś w dali równi bezdrzewnej. Czarne błoto zeschło teraz, a czarny pył unosił się spod nóg chmurą, nisko zwieszając się nad głowami. Szynki pełne były ludzi, a dla tych, co miejsca wewnątrz nie znaleźli, ustawiono stoliki na ulicy, zatłoczonej już i tak kramami i bazarami, gdzie można było dostać lusterek i chustek na szyję dla dziewcząt, a czapek i kozików dla chłopców, nie mówiąc już o słodyczach wszelkiego rodzaju, cukierkach i ciastkach. Przed kościołem odbywało się strzelanie z łuku. Naprzeciw składu drzewa rzucano kulami. Na rogu ulicy wiodącej do Joiselle oparkaniono placyk przeznaczony na walkę kogutów. Tłoczył się tam też tłum ludzi żądnych ujrzenia dwu czerwonych kogutów uzbrojonych w ostrogi i oblanych krwią. Dalej można było u Maigrata wygrać w bilard spodnie lub fartuszek. Chwilami przycichały rozmowy i cały ten tłum lał w siebie piwo, a na twarzach malowała się walka z kurczami żołądka spowodowanymi przejedzeniem się mięsem, od którego odwyknięto, i zalanymi zimnym piwem pieczonymi ziemniakami. Upał zdawał się jeszcze wzrastać, co pogarszało humory.