Odkąd począł się uświadamiać, zaczęło mu ciążyć to życie kolonii, gdzie ludzie natłoczeni byli jak śledzie w beczce. Czyż byli zwierzętami w klatce, czyż dokoła nie było olbrzymiej równi, mogącej całe miasta pomieścić? Czemuż żyć tak, że nie można zmienić koszuli, by gołego ciała nie pokazać drugiemu? A jakie z tego skutki dla zdrowia i moralności!
— Tam do licha! — wykrzyknął Maheu. — Byle tylko więcej pieniędzy, zaraz by się można wygodniej urządzić. To prawda, wcale niezdrowo tak żyć jedno na drugim. Kończy się zawsze na tym, że chłopcy się psują, a dziewczęta rodzą dzieci!
Cała rodzina brała udział w dyspucie, każdy dorzucał swą uwagę, a lampa kopciła, zatruwając do reszty powietrze przesycone już i tak odorem smażonej cebuli.
To prawda, życie niewesołe! Człek musi jak zwierzę obracać kierat, co dawniej było karą galernika, narażać się bez przestanku, a wreszcie, gdy zechce jeść, nie ma wieczorem kawałka mięsa w domu. Z głodu się nie umrze i tyle. Suchym chlebem żyj, człowieku, i to jeszcze w ciągłych długach, pod ustawiczną grozą jak zbrodniarz. Gdy przyjdzie niedziela, ruszać się nie można ze znużenia, a cała przyjemność polega na upiciu się i zmajstrowaniu żonie dziecka. Ot, psie życie! Nie ma co mówić!
Maheude wtrącała też swoje trzy grosze.
— A co najsmutniejsze, to przekonanie, że tak będzie ciągle... Póki człek młody, wygląda szczęścia, wygląda, a szczęście nie przychodzi. Nie życzę nikomu nic złego, ale doprawdy czasem porywa mnie oburzenie.
Wszyscy milczeli. Czuli w chwilach takich cały ogromny ciężar życia. Dławiły ich chmury oblegające ciasny horyzont poznania i odczucia. Tylko dziadek Bonnemort spoglądał zdziwiony... Za jego czasów ludzie nie trapili się podobnymi myślami. Człek się rodził pośród węgla, kuł pokład i koniec. Po cóż czegoś pragnąć? Skąd się brał ten prąd żądań?
— Nie należy się buntować — mruczał — dobry kufelek też coś wart. Przełożeni są nieraz źli, ale tak jest i było od początku świata, kto by tam sobie łamał głowę, by wymyślić co innego!
Stefan zapalił się. Co, i myśleć nie wolno robotnikowi? Ho, ho, właśnie dlatego, że robotnik dziś poczyna myśleć, będzie niedługo całkiem inaczej. Za czasów dziadka człek żył w kopalni, jak bydlę, jak maszyna do rąbania węgla, ślepa i głucha na wszystko. Ale dziś budzi się górnik, z głębi kopalni poczyna kiełkować ziarno, a niezadługo zobaczycie, co z niego wyrośnie. Powstaną ludzie, armia ogromna ludzi, która upomni się o swe prawa. Czyż od czasów rewolucji nie są wszyscy obywatele równi? Dziś, gdy każdy, biedny czy ubogi, ma prawa polityczne, dziś robotnik ma być niewolnikiem tego, kto kupił jego czas i siły? Kompanie przemysłowe gnębią nędzarzy w straszny sposób, a nie ma już nawet dawnych cechów, gdzie robotnicy jednego zawodu mogliby znaleźć oparcie i ochronę wobec przemocy. Ale przyjdzie oświata, a z nią czasy lepsze. Wystarczy spojrzeć tu i tam, rodzice i dziadkowie nie umieją się podpisać, dzieci i wnuki piszą i czytają jak profesorowie. Kiełkuje już posiew, rośnie armia ludzi, którzy zawołają: światła i praw! I czyż nie walczyć o przyśpieszenie tej chwili, czyż nie trzeba czynić tego, choćby przyszło użyć siły?
Maheu, mimo że całkiem przekonany, wątpił w powodzenie.