— Gdzie, nie wiecie?... W sztolni?... Nie, gdzieś w dole... Pewnie w galerii jezdnej.
Natrafili na pochylnię, wielu poślizgnęło się i upadło, ale nie zważali na to, że się pokaleczyli, i pobiegli dalej.
Jeanlina bolała jeszcze skóra od wczorajszych plag, toteż dziś pracował, drepcił za swoim pociągiem boso i zamykał jedne drzwi wentylowe za drugimi, czasem tylko, gdy w pobliżu nie było nadzorcy, siadał na ostatnim wózku, czego mu zabraniano z obawy, że zaśnie. Najwyższą jego przyjemnością było, że mógł zbliżać się do Béberta, który powoził, gdy pociąg wszedł na skrzyżowanie szyn i musiał chwilę czekać, by wyminąć się z drugim. Przybiegał po cichu, szczypał przyjaciela do krwi, wykrzywiał mu się jak małpa. Był on też podobny bardzo do tego zwierzęcia, miał bowiem rude włosy, wielkie uszy, cienki nos i małe zielone oczy. Posiadał przy tym całą chytrość i instynkty uwstecznionego, aż do zwierzęcości zwyrodniałego człowieka.
Tego popołudnia drugi pociąg ciągnął młody Trompette. Gdy pociąg przeciwny począł się zbliżać, stary Bataille stał się niespokojny. Poczuł on z dala przyjaciela, do którego czuł wielki afekt od dnia, w którym widział jego przybycie do kopalni. Był to rodzaj współczucia starego doświadczonego filozofa, chcącego młodemu osłodzić los i wpoić rezygnację i cierpliwość. Trompette nie pogodził się bowiem dotąd z koniecznością, nie chciał ciągnąć, zwieszał głową, widocznie tęskniąc ciągle za słońcem. Ile razy się spotykali, Bataille wyciągał szyję i serdecznie obwąchiwał go, parskając przy tym.
— Psiakrew! — zaklął Bébert — znowu się liżą bydlęta.
Potem, gdy Trompette odszedł w przeciwną stronę z pociągiem, spytał Jeanlin:
— Cóż ta szkapa ciągle dzisiaj staje?
— Daj mu spokój — odparł Bébert — staruszek ma swoje grymasy. Ile razy staje, widzi coś złego, dziurę lub kamień, a nie chce sobie nóg połamać. Nie wiem, co widział dziś tam pod drzwiami, otworzył je, i nie chciał ruszyć dalej. Widziałeś?
— Nic, pełno tam wody, jestem do nitki przemoczony.
Pociąg ruszył, ale przy pierwszych drzwiach Bataille stanął. Otworzył je głową jak zawsze i nie chciał iść, drżąc tylko i rżąc. Wreszcie po chwili zdecydował się i przebiegł kłusem.