— Najgorsze jest to, że chcąc zniżyć koszty produkcji, konsekwentnie należałoby produkować więcej. Tak byłoby rozsądnie. Inaczej cała oszczędność spada na płace robotnicze i robotnik ma słuszność, twierdząc, że z jego kieszeni płacimy za całą zabawę.
Ta uwaga, która mu się ze szczerego serca wymknęła, wywołała dyskusję. Damy nudzić się poczynały. Zresztą każdy wolałby był zająć się swym talerzem. Służący zjawił się w pokoju z miną, jakby chciał coś mówić, zawahał się jednak.
— I cóż tam takiego? — spytał dyrektor. — Jeśli przyszły depesze, to dawaj, czekam na nie.
— Nie, panie dyrektorze, to pan Dansaert przyszedł i czeka w przedpokoju. Ale nie chce przeszkadzać.
Dyrektor przeprosił gości i kazał wpuścić Dansaerta. Dozorca wszedł i zatrzymał się w pobliżu drzwi wysoki, barczysty, zadyszany, podniecony tym, z czym przychodził. Wszyscy zwrócili nań oczy. Kolonie zachowywały się spokojnie, ale uchwalono wysłać deputację. Zjawi się ona zaraz, może już idzie nawet.
— Dobrze, dobrze! — odparł dyrektor. — Proszę o raporty rano i wieczór.
Dansaert wyszedł, a goście poczęli znowu żartować. Rzucono się na włoską sałatę, by ją uratować póki czas. Każda minuta była droga. Wesołość doszła do zenitu, gdy Paweł poprosił pokojówkę o chleb, a dziewczyna powiedziała: służę panu... głosem tak drżącym, jak gdyby u drzwi stała horda rozpasanych, krwi żądnych zbirów.
— Możesz jeszcze, moja droga, głośno mówić — rzekła pani Hennebeau uprzejmie — jeszcze nie przyszli.
Dyrektorowi przyniesiono świeżą paczkę listów i depesz. Jeden z listów odczytał głośno. Pochodził od Pierrona, który w pełnych szacunku wyrazach dowodził, że zmuszony jest przyłączyć się do strajku, gdyż w przeciwnym razie naraziłby się na niebezpieczeństwo, co więcej wybrany został do deputacji, chociaż uznaje niewłaściwość tego kroku.
— Oto jak robotnicy szanują wolność osobistą! — zawołał pan Hennebeau. Poczęto mówić o strajku, pytano, co o tym myśli.