Urwał i z zimną grzecznością wskazując fotele rzekł:
— Siadajcież, właśnie chciałem z wami pomówić.
Górnicy obejrzeli kosztowne fotele. Kilku usiadło, inni przerażeni widokiem obić jedwabnych pokrytych haftem woleli stać.
Zapanowała cisza. Pan Hennebeau zanurzył się w fotel pod kominkiem stojący, szybko przeliczył górników, starając się sobie przy tym zapamiętać ich twarze. Poznał naprzód Pierrona kulącego się z tyłu, a potem zawisł wzrokiem na twarzy Stefana, który siedział naprzeciw niego.
— No i cóż mi powiecie? — spytał.
Był pewny, że Stefan pocznie przemowę, i zdziwił się widząc, że naprzód występuje Maheu. Nie mógł się powstrzymać i rzekł:
— Jak to? To wy, Maheu... wy, najlepszy robotnik, człek rozumny i rozważny, weteran Montsou, którego rodzina pracuje od czasu pierwszego ruszenia kilofem. O, to mnie martwi, bardzo martwi, że wy stajecie na czele niezadowolonych.
Maheu słuchał, patrząc w ziemię, potem zaczął mówić głucho, jąkając się:
— Panie dyrektorze! Właśnie dlatego, że jestem człowiekiem uczciwym i spokojnym, wybrali mnie koledzy, bym przemawiał. To panu dyrektorowi powinno być dowodem, że nie idzie nam o bunt ani nieporządki, jakie wzniecają ludzie źli, by wywołać rozruchy. Chcemy tylko sprawiedliwości, znużył nas ciągły głód i wydaje się nam, że przyszedł czas przedsięwzięcia czegoś, co by nam zapewniło choćby chleb powszedni.
Głos jego stał się pewniejszy. Podniósł głowę i patrząc w oczy dyrektorowi ciągnął dalej.