— I ja spróbuję! — ozwała się Maheude. — Już wytrzymać trudno.

Zatrzasnęła drzwi za sobą, zostawiając tamtych przy kawałeczku świecy, który Alzira znalazła właśnie i zaświeciła. Znalazłszy się na dworze, stanęła na chwilę, pomyślała i wstąpiła do sąsiadki Levaque.

— Słuchaj — rzekła — pożyczyłam ci niedawno bochenek chleba, może byś teraz oddała.

Przerwała. To, co ujrzała, odebrało jej nadzieję. W izbie panowała nędza gorsza jeszcze jak u niej.

Kobieta tępo patrzyła w wygasłe ognisko, a mąż jej spojony przez gwoździarzy spał z głową na stole. Oparty o ścianę stał Bouteloup i drapał się mechanicznie po piersiach z ogłupiałą miną poczciwca, który dziwi się, że zabrano mu oszczędności, a teraz każą głodować.

— Bochenek chleba? — zawołała Levaque. — Ależ właśnie miałam iść prosić cię o drugi.

Mąż jej zajęczał przez sen. Pchnęła go pięścią, aż uderzył głową o stół.

— Milcz, wieprzu. Dobrze ci tak, niech ci popali wnętrzności. Zamiast dać się spoić, mogłeś pożyczyć od którego dwadzieścia sous!

Klęła i to jej sprawiało ulgę, pozwalało zapomnieć o strasznym brudzie i fetorze wydzielającym się ze wszystkiego. Niech biorą diabli cały kram, cóż ją to obchodzi! Béberta nie ma od rana. Tym lepiej! Co za ulga byłaby, gdyby nie wrócił całkiem. Oświadczyła, że idzie spać, przynajmniej ogrzeje się. Trąciła Bouteloupa.

— No, chodźmy spać! Ogień zgasł. Mniejsza z tym, i tak nie warto patrzyć na puste garnki. Ludwiku, rusz się raz. Słyszysz, idziemy spać, przytulimy się do siebie i będzie nam ciepło. A ten pijanica niech sobie tu zdycha.