— Któż to? — spytał Stefan zaniepokojony.
— To Katarzyna. Wraca z Jean-Bart.
Dziewczyna poszła dalej ze zwieszoną głową, zataczając się jakby z wielkiego znużenia, a Stefan patrzył na nią zrozpaczony, wstydząc się, że go widziała. Nie wiadomo z jakiego powodu uczuł wyrzuty sumienia. Czyż nie żyła z tamtym? Czyż nie zrobiła mu tej strasznej krzywdy, że w jego oczach tu, w Requillart, oddała się innemu? Ale mimo wszystko bolało go, że jej równą miarką odpłacił.
— Wiem, czemu mnie nie chcesz — rzekła Mouquette z płaczem. — Bo kochasz tamtą!
Następnego dnia ścisnął lekki mróz, niebo było jasne, a ziemia dudniła pod nogami. Jeanlin wymknął się już o pierwszej z domu, ale musiał czekać za kościołem na Béberta i mało co nie poszli już bez Lidii, która siedziała zamknięta w piwnicy za karę. Ale w krytycznej chwili wypuściła ją matka, dała w rękę koszyk i obiecała, że jeśli nie napełni go dziką sałatą zimową, to pójdzie nocować ze szczurami. Chciała zaraz iść po sałatę, ale Jeanlin odwiódł ją od tej myśli, pocieszając, że czasu jest dość jeszcze. Od dawna miał już apetyt na Pologne, tłustą królicę Rasseneura, a właśnie zwierzątko wymknęło się na dwór w chwili, gdy mijali gospodę Pod nadzieją. Jeanlin skoczył, złapał królicę za uszy, włożył do koszyka Lidii i wszyscy troje uciekli co sił w nogach. Obiecywali sobie uciechę wielką. Chcieli zmusić zwierzę, by aż do lasu biegło przed nimi niby pies.
Ale zatrzymali się na chwilę, by się przyjrzeć grze w piłkę, którą rozpoczęli Zachariasz i Mouquet i dwaj inni chłopcy, pokrzepiwszy się przedtem kufelkiem piwa. Stawkę stanowiła nowiuteńka czapka i jedwabna chustka na szyję. Złożono te przedmioty w ręce Rasseneura. Gracze podzielili się na dwie partie po dwu i oznaczyli za pierwszą metę przestrzeń od Voreux do folwarku Pillot. Wynosiła ona ze trzy kilometry i Zachariasz założył się, że osiągnie metę w siedmiu uderzeniach, gdy Mouquet wymagał ośmiu. Położono piłkę z drzewa bukowego, kształtu jajka, na środku drogi, a gracze oparli o ziemię swe drewniane maczugi ścięte skośnie i zaopatrzone na końcu w metalowe owalne blaszki, u rękojeści zaś silnie oplecione sznurkiem. Rozpoczęto grę z uderzeniem godziny drugiej, Zachariasz podrzucił piłkę, trzy razy podbił ją maczugą w powietrzu, a potem mistrzowskim ciosem posłał ją w powietrze na jakieś czterysta metrów w skos poprzez pole burakowe. Grać po drogach nie było wolno, gdyż zdarzało się, iż piłka zabijała ludzi. Mouquet, przyszedłszy teraz do bicia, cofnął piłkę o dobre sto pięćdziesiąt metrów w tył. I poczęła się gra. Jedna partia podbijała piłkę w kierunku wytkniętego celu, druga cofała ją do punktu wyjścia. Biegano, ile starczyło nóg, które miały nie lada pracę w tej szalonej gonitwie po grudzie zmarzłej i kamieniach.
Trójka urwisów zachwycona potężnymi ciosami maczug biegła czas jakiś za graczami. Ale wnet tłukące się w koszyczku zwierzę przypomniało im się. Wypuścili je, ciekawi, czy prędko umie biegać. Rozpoczęła się zajadła gonitwa, której towarzyszyły piekielne wrzaski i klaskanie w ręce, by królicę przestraszyć. Gdyby nie to, że znowu była w ciąży, byłaby im niezawodnie uciekła.
Zatrzymali się na chwilę dla złapania oddechu i zaraz usłyszeli za sobą przekleństwa i krzyki. Grający wpadli na nich i Zachariasz omal że nie roztrzaskał bratu czaszki piłką. Brali teraz już czwartą metę. Od folwarku Pillot ruszyli do Quatre-Chemins, stamtąd do Montoire, a teraz postanowili w siedmiu uderzeniach stanąć w Prédes-Vaches. Zrobili więc w godzinie dwie i pół mili, wliczając w to już czas potrzebny na wypicie w szynkowni Vincent i gospodzie Pod trzema królami po kufelku piwa. Mouquet miał teraz szansę wygranej. Brakło mu tylko dwu uderzeń, gdy Zachariasz z uśmiechem, korzystając z reguły gry, odbił piłkę tak zręcznie, że wpadła do głębokiego rowu. Partner Mouqueta nie mógł jej wyrzucić stamtąd maczugą. Był to cios dla nich wielki.
Wszyscy czterej poczęli krzyczeć i wpadli w wielkie rozdrażnienie, bo grę całą rozpocząć musiano na nowo. Z Pré-des-Vaches do Herbes Rousses nie było więcej jak dwa kilometry. Postanowiono osiągnąć tę metę w pięciu uderzeniach, a potem odpocząć przy kufelku w gospodzie Lerenarda.
Jeanlinowi wpadło teraz co innego do głowy. Przestał się interesować grą, wyciągnął z kieszeni sznurek i uwiązał go do lewej łapy Pologne. To było tak śmieszne. Biedne zwierzę biegło przed urwipołciami ciągnąc za sobą zdrętwiałą nogę. Śmiali się do rozpuku. Potem uwiązali sznur do szyi, a wreszcie, gdy wyczerpana królica biegnąć już nie mogła, ciągnęli ją za sobą na brzuchu, a potem na grzbiecie, niby mały wózek. Trwało to z godzinę. Zbliżyli się tymczasem do lasku Cruchot, a posłyszawszy z oddali głosy graczy, schowali na pół zamęczone zwierzę do koszyka.