Chaval wpadł w złość, ujrzawszy Katarzynę ubraną w spodnie, kitel płócienny i niebieską czapeczkę górniczą. Wstając z łóżka rozkazał jej brutalnie, by nie ruszała się. Ale nie posłuchała go zrozpaczona, że praca przerwy dozna i braknie środków do życia. Chaval nigdy prawie nie dawał jej pieniędzy, musiała pracować na oboje. I cóż się z nią stanie? Ciążył jej na duszy zmorą bezustanny strach przed jutrem, które przedstawiało się jej w postaci domu publicznego w Marchiennes, gdzie kończyły zazwyczaj żywot przesuwaczki pozbawione chleba i dachu nad głową.

— Psiakrew! — wrzasnął Chaval — cóż tu masz do roboty?

Wybąknęła, że nie może żyć z procentów, więc chce pracować!

— Więc zwracasz się przeciwko mnie, małpo jedna! Idź mi zaraz do domu, bo inaczej dam ci takiego kopniaka, że stracisz wszystkie zęby.

Strwożona usunęła się na bok, ale nie odeszła, chcąc się dowiedzieć, jaki obrót sprawa przybierze.

Właśnie wszedł Deneulin. Mimo słabego oświetlenia jednym rzutem oka objął sytuację. Spojrzał na tłum w półcieniu stłoczony. Znał każdego hajera, ładowniczego, przesuwacza, przesuwaczkę, aż do najmniejszych chłopców i pomocników. W hali czysto było i porządnie. Maszyna mająca przepisowe ciśnienie wypuszczała parę wentylami, liny zwisały bezczynne, wózki porzucone na drodze do szachtu stały na żelaznej podłodze. Z lampiarni wzięto ledwo osiemdziesiąt lamp, reszta stała nietknięta. Deneulin widział to, ale sądził, że jedno jego słowo wystarczy, by praca została na nowo podjęta.

— No cóż tam, dzieci? — spytał głośno. — O co wam idzie? Powiedzcie, a porozumiemy się.

Deneulin po ojcowsku obchodził się ze swymi robotnikami, mimo że wymagał pilnej pracy. Usiłował z początku sprawę w dobry sposób załatwić, choć w głosie jego stanowczość przebijała. Robotnicy bali się go, ale i lubili zarazem za jego odwagę i wytrwałą pracę w kopalni. W razie niebezpieczeństwa był zawsze pierwszy na miejscu. Dwa razy podczas wybuchu gazów opasany tylko liną spuszczał się w głąb szachtu, czego uczynić nie chcieli nawet najodważniejsi.

— Ano mówcie! Myślę, że nie zmusicie mnie, bym żałował, żem za was zaręczył. Wiecie, że odrzuciłem proponowany posterunek żandarmerii. Mówcie więc spokojnie, czego chcecie.

Wszyscy zamilkli i jeden po drugim poczęli odchodzić na bok zmieszani. Chaval wystąpił teraz naprzód i rzekł: