— Przeciąć liny! Przeciąć liny!
Wszyscy powtórzyli okrzyk. Stefan i Maheu przerażeni poczęli protestować, ale nikt ich wśród hałasu nie słyszał. Schwyciwszy sposobny moment mógł wreszcie zawołać Stefan:
— Ależ ludzie są na dole!
Wrzaski wybuchły ze zdwojoną siłą.
— Tym lepiej! Po co zjeżdżali! Niech giną zdrajcy! Niech pozdychają tam na dole! Zresztą mają drabiny.
Myśl, że są drabiny, utwierdziła tłum w chęci poprzecinania lin, a wreszcie i Stefan przestał stawiać opór w nadziei zapobieżenia większemu nieszczęściu. Pobiegł jedynie do maszyny, by wyciągnąć klatki, w których mogli znajdować się ludzie. Inaczej przecięte u samej góry, siedemset metrów długie liny stalowe, padając w dół, niechybnie by je strzaskały.
Ale maszynisty nie było, palacze też znikli, więc chwycił w rękę rękojeść motoru, puścił maszynę w ruch i poczekał, aż liny nawiną się na bębny. Równocześnie Levaque z kilku innymi wspinali się w górę wieży szachtowej. Ledwo klatki zaklinowały się hakami w drzewie rusztowania, rozległ się zgrzyt pilnika gryzącego stal. Nastała cisza, zgrzyt przeraźliwy rozlegał się donośnie, a wszyscy podnieśli głowy i czekali z zaciekawieniem. Maheuowi stojącemu blisko wieży serce skakało z dzikiej radości. Zdawało mu się, że zęby pilnika przecinające dostęp do jednej z owych nor niedoli gryzą niedolę samą i nędzę i świat od niej oswobodzają.
Ale Brûlé nie dała za wygraną. Zbiegła po schodach do hali maszyn z okrzykiem:
— Gasić ognie! Do kotłów! Do kotłów!
Runął za nią tłum kobiet, a z tłumem Maheude z zamiarem przeszkodzenia, by wszystkiego nie zniszczono, tak jak mąż jej pilnował przecinających lin. Można przecież domagać się swego, nie niszcząc cudzej własności. Kobiety wypędziły z kotłowni palaczy, a Brûlé uzbrojona w wielką szuflę przykucnęła przed pierwszym piecem szybko nabierając węgle i wyrzucając je na ceglaną posadzkę.