Szał go ogarnął, szał rozpaczy. Dom jego był więc plugawą kloaką, żona heterą! Do obłędu doprowadzała go myśl, że z taką dobrocią, z taką słodyczą zajęła się małżeństwem Pawła z Cecylką. A więc nie miłość nawet popychała ją do występku, nie czuła zazdrości! Była to przewrotna zabawka, przyzwyczajenie obrzydliwe, smakoszostwo. Całą winę jej przypisywał. Paweł był jedynie narzędziem jej zbudzonego na nowo w późnym wieku apetytu, zielonym jabłkiem, które skradła po drodze i wbiła weń zęby. Kogóż obdarzy swymi względami, gdy zbraknie jej tego siostrzeńca tak mało skrupulatnego, który przywłaszczył sobie mieszkanie, jedzenie i żonę wuja.

Szelest u drzwi rozległ się znowu. Hipolit mówił przez dziurkę od klucza.

— Panie dyrektorze... są listy! Przyszedł też pan Dansaert. Zaszedł wypadek zabójstwa.

— Do stu tysięcy diabłów, daj mi spokój! Idę zaraz!

Cóż miał uczynić? Czy wygnać ich jak psy wściekłe, gdy wrócą? Czy wziąć kija i krzyknąć, by sobie szli gdzie indziej ze swą plugawą zabawką? Ta duszna woń pokoju, ciężkie powietrze, to ich oddechy, ich spazmy namiętne. Przenikliwy zapach piżma, który bił zawsze od jego żony, to dowód nowy jej przewrotnego, przytępionego węchu, wymagającego ostrych odurzających woni. Zmysłowość znamionowały porozstawiane naczynia, pełna miednica, porozrzucana odzież, meble tego pokoju. W bezsilnej złości rzucił się na łóżko i tłukł w nie pięściami, tam, gdzie dostrzegł odcisk kobiecego ciała. Ale puchowe poduszki i materace poddawały się miękko, bezwładnie jego uderzeniom, jakby wyczerpane całonocną orgią miłosną.

Wydało mu się, że Hipolit idzie znowu. Wstał zawstydzony. Stał chwilę zadyszany, ocierał pot z czoła. Serce jego poczęło tętnić wolniej. W lustrze widział swą pobladłą, zmienioną do niepoznania twarz. Potem, zmuszając się siłą woli do spokoju, zszedł na dół.

Czekało pięciu posłańców nie licząc Dansaerta. Wszyscy przynieśli niepokojące wieści o marszu strajkujących od kopalni do kopalni. Dansaert opowiadał szczegółowo, co zaszło w Mirou, jak Quandieu taktownym zachowaniem ocalił kopalnię. Pan Hennebeau słuchał, potrząsał głową, ale nie słyszał nic. Myśli jego były ciągle jeszcze tam na górze. Wreszcie odprawił posłańców, został sam i, usiadłszy przy biurku, wsparł głowę na rękach. Siedział tak, jakby spał. Wreszcie machinalnie wziął w rękę list rady nadzorczej. Czytał... nie rozumiał. Po chwili pojął, że ci panowie właściwie życzą sobie walki i krwi. Wprawdzie proszono, by sprawy nie zaostrzał, ale dawano do zrozumienia, że interwencja wojska zakończyłaby strajk, umożliwiając szybką represję. Ach, jeśli tylko chcą... i owszem, pomyślał i bez namysłu pchnął depeszę do Lille do prefekta do komendy w Douai, do Marchiennes po żandarmów. Na rękę mu to było, mógł się zamknąć, wszystkim rozpowiedziawszy, że cierpi na reumatyzm. Całe popołudnie siedział przy biurku, o niczym nie myśląc, przebiegając tylko oczyma napływające listy i depesze. W ten sposób szedł za tłumem strajkujących z Madeleine do Crèvecoeur, stamtąd do Victoire, z Victoire do Gaston-Marie. Dowiedział się też o niepowodzeniach żandarmów i dragonów, którzy źle informowani ciągle odwracali się plecami od zagrożonych kopalń i ciągle przybywali albo za wcześnie, albo za późno. A niech tam wszyscy się wymordują wzajem. Cóż go to mogło obchodzić? Siedział z twarzą w rękach ukrytą, a z kuchni dochodził szczęk garnków gotującej obiad kucharki.

Już mrok począł zapadać, gdy nagle obudził go z głębokiej zadumy hałas jakiś. Zerwał się sądząc w pierwszej chwili, że wracają Négrel i żona jego. Ale tumult rósł z każdą chwilą i właśnie gdy wyjrzał przez okno, zahuczał potężny okrzyk z trzech tysięcy piersi:

— Chleba! Chleba! Chleba!

Strajkujący zalali Montsou i oblegli budynek dyrekcji. W tejże samej chwili żandarmi, przekonani, że tłum zamierza zniszczyć Voreux, ruszyli tam galopem.