— Odwagi! — rzekł Négrel. — W każdym razie drogo sprzedamy życie.
Żart ten zwiększył jeszcze przerażenie kobiet. Krzyki wzmogły się. Nic jeszcze widać nie było, ale czuło się, że nadciąga chmura brzemienna piorunami.
— Nie, nie chcę się patrzyć! — zawołała Cecylka i poszła zagrzebać się w słomie.
Pani Hennebeau blada siedziała pod ścianą i miotała wściekłe spojrzenia na bramę, a Łucja i Janka mimo strachu wyglądały przez szpary, nie chcąc stracić żadnego szczegółu.
Burza nadciągnęła, rozległ się tupot nóg, od którego zdało się, że drży ziemia, ukazał się biegnący na czele, dmący w róg Jeanlin.
— Ma pani flakonik z perfumami? — spytał Négrel pani Hennebeau. — Lud francuski wydziela odór niezbyt miły!
Mimo zasad republikańskich lubił drwić z hołoty.
Ale dowcipy jego zgłuszył łomot nóg i ryki rozszalałego tłumu.
Ukazały się kobiety biegnące na przedzie. Było ich z tysiąc. Leciały jak furie z rozwianym włosem, okryte łachmanami, przez które przeglądało ciało nagie, ciało nędzarek zaludniających świat głodomorami. Niektóre niosły na rękach dzieci, podnosząc je w górę i wywijając nimi niby sztandarami smutku i zemsty. Inne, młodsze, z obnażonymi piersiami potrząsały kijami, a stare wiedźmy darły się i wyły jak wilki, aż im nabrzmiały grube żyły na piersiach. Za nimi pędziło przeszło dwa tysiące rozszalałych mężczyzn w tak zbitej masie, że nie można było odróżnić ani ich wypełzłych spodni, ani podartych w strzępy kaftanów. Była to jedna plama koloru ziemi. Oczy ich pałały, usta były szeroko otwarte. Śpiewali, a raczej ryczeli Marsyliankę bezdźwięcznymi, ochrypłymi głosami, a śpiew głuszył łomot ciężkich sabotów po twardej ziemi.
Górą sterczał las sztab żelaznych, a pośród niego w powietrzu zawieszona niby sztandar rysowała się na tle jasnego nieba jedna jedyna siekiera, ponura i krwi łakoma jak brzeszczot gilotyny.