Ale niedługo krzyki wybuchły. Przyskoczyły do trupa kobiety rozszalałe widokiem krwi.

— Jest przecież sprawiedliwość! Nareszcie, sprośny wieprzu, przyszło ci na koniec!

Otoczyły ciepłe jeszcze zwłoki, śmiały się szyderczo, miotały obelgi i kopały martwe ciało tego, który za życia wzbraniał się dać chleba, gdy były głodne.

— Winnam ci była sześćdziesiąt franków, złodzieju! — krzyczała rozwścieklona na równi z innymi Maheude. — Już ci śmierć za mnie zapłaciła! Nie odmówisz teraz kredytu! Ale czekaj, czekaj, teraz ja muszę cię jeszcze nakarmić!

Paznokciami wydarła trochę zmarzłej ziemi i wepchnęła mu jej garść przemocą w otwarte usta.

— Nażryj się! Nażryj się, nędzniku!

Szyderstwa i obelgi stawały się coraz to gwałtowniejsze, a umarły leżał cicho, wpatrzony otwartymi oczyma w pociemniałe niebo. Ziemia, której miał pełne usta, to był teraz chleb jego. Bronił chleba nędzarzom, teraz takim chlebem żywić się będzie. Niewiele szczęścia przyniosło głodzenie biedaków.

Kobiety jednak nie nasyciły jeszcze swej zemsty. Krążyły dokoła niego, jak żądne krwi wilczyce. Rozmyślały, jaką by zadać mu obelgę, w jaki sposób dać wyraz swemu gniewowi.

Naraz wrzasnęła Brûlé:

— Trzeba go wykastrować jak wałacha!