— To nie twoja rzecz... jednego z nich za wiele. Silniejszy przeżyje.

Nie czekając ataku, Chaval machnął pięściami w powietrzu. Był wyższy, ale chudszy od przeciwnika. Mierzył w jego oczy i walił obu rękami niby szablami, gadając ustawicznie, by widzów olśnić swą odwagą. Ale obelgi miotane na Stefana rozjątrzały tylko jego samego.

— Tak, gnido! Rozwalę ci nos! Będziesz łaził po świecie bez nosa! No, nadstaw łeb, zrobię z twej trąby pomyje dla świń! Zobaczymy, czy potem, ...... jakiś, będą za tobą latały dziewki!

Milcząc, zacisnąwszy zęby, stanął niższy wzrostem Stefan w pozycji, osłaniając pięściami twarz i piersi. Zważał pilnie na każdy cios przeciwnika, parował szybko i ze straszliwą siłą.

Z początku nie robili sobie wielkiej krzywdy. Walka przeciągała się. Przewrócił się jedynie stołek i biały piasek podłogi zgrzytał pod ciężkimi trzewikami zapaśników. Wreszcie jednak poczęli dyszeć ciężko, a twarze ich oblała łuna wewnętrznego, błyskającego oczyma płomienia wściekłości.

— Masz! zdychaj! — wrzasnął Chaval.

Istotnie zdradzieckim skrytobójczym ciosem omal że nie zmiażdżył ramienia Stefana. Stefan stłumił okrzyk bólu i odpowiedział potężnym prostym ciosem w piersi przeciwnika. Byłby je strzaskał, gdyby Chaval nie był uskoczył. Ale cios trafił go w bok, a był tak silny, że uderzony stracił na chwilę oddech. Rozwścieklony, czując, że ręce mu słabną, wierzgał jak koń, celując obcasem w brzuch Stefana.

— Masz w bebechy! Czas już, by wylazły na wierzch!

Stefan uniknął kopnięcia, ale rozwścieklony naruszeniem reguł walki krzyknął:

— Milcz, nikczemniku! Nie waż się kopać, bo wezmę stołek i łeb ci rozwalę.