Stefan nie mógł się ruszyć ni krzyknąć ze zdumienia. Na wale leżała teraz czarna masa, cicho było i pusto. Gdy po chwili wszedł na wierzch, znalazł Jeanlina na czworakach nad leżącym na wznak żołnierzem, którego czerwone spodnie i jasny płaszcz jasno się rysowały na nie stopionym tam jeszcze śniegu. Ni kropla krwi nie wyciekła, nóż wbity z boku tkwił po rękojeść w szyi. Bez namysłu palnął Jeanlina w plecy, aż się przewrócił na ziemię obok zwłok.

— Czemu to zrobiłeś? — spytał przerażony.

Jeanlin podniósł się na rękach i nogach, niby zwierz jakiś, odsunął się od niego. Ruchy chudego ciała przypominały kota, wielkie uszy sterczały do góry, a w zielonych oczach błyskał jeszcze płomień podniecenia.

— Do stu diabłów, mów, czemu to zrobiłeś?

— Nie wiem. Napadła mnie taka chęć!...

Nie powiedział nic więcej. W istocie, od trzech dni dręczyła go żądza mordercza, dudniło mu w uszach, nie mógł myśleć o czym innym. I czemużby zresztą nie miał sobie użyć na tych łajdakach, żołnierzach nasłanych na robotników. Z gwałtownych przemówień w lesie Vandame, okrzyków, będących hasłami śmierci i zniszczenia, utkwiło mu w pamięci słów kilka. Powtarzał je sobie ciągle, jak dziecko bawiące się w rewolucję. Więcej powiedzieć nie mógł, nikt go do tego nie namawiał! Napadła go ochota, jak na przykład ochota skradzenia kilku cebul z cudzego ogrodu.

Przerażony, że dziecko to zdolne było do zbrodni, odpędził Jeanlina kopnięciem dalej od zwłok, jak odgania się zwierzę, które nie wie, co zrobiło. Bał się, że okrzyk usłyszano w Voreux, i rozglądał się, ile razy widno się zrobiło. Ale nic nie przerywało ciszy. Pochylił się nad zabitym, dotknął jego stygnących rąk, posłuchał, czy serce bije. Nie biło. Z szyi sterczała tylko kościana rączka noża z wyrytym czarno napisem Miłość.

Naraz Stefan poznał w zabitym małego Juliana, rekruta, z którym jednego ranka rozmawiał. Ze łzami w oczach patrzył teraz na tę pokrytą piegami, okoloną jasnym włosem twarz. Oczy wpatrzone były w niebo zupełnie z takim wyrazem jak wówczas, kiedy szukał na horyzoncie dalekiej, niewidzialnej ojczyzny. Gdzieś daleko, nie wiadomo gdzie, na północy leżała ta ojczyzna bita falami morza. I może w tej chwili matka i siostra myślały wśród bezsennej nocy, co też tam gdzieś, daleko, nie wiadomo gdzie, robi ich Julek. O, długo nań będą czekały!... Co za straszna rzecz, że synowie ludu zabijać się muszą miedzy sobą z winy bogaczów.

Należało usunąć zwłoki. Stefan chciał je zrazu rzucić do kanału, ale odwiodła go od tego myśl, że go tam znajdą. Czas naglił, coś uczynić trzeba było, ale co? Wtem przyszło mu na myśl, że gdyby zabrał ciało do Requillart, zdołałby je tam ukryć raz na zawsze.

— Chodź tu! — zawołał Jeanlina.