Stefan słuchał tych skarg i czuł wyrzuty sumienia. Nie wiedział, jak pocieszać Maheudę, która ze szczytu marzeń spadła w straszną rzeczywistość. Nieszczęśliwa, stanąwszy na środku izby, zawołała:
— I ty, któryś na nas ściągnął to nieszczęście, ty sam mówisz o powrocie do pracy? Nie wyrzucam ci niczego, ale na twoim miejscu zatrapiłabym się, widząc, do czego doprowadziło moje zaślepienie!
Chciał odpowiedzieć, ale wzruszył tylko ramionami. I na cóż tłumaczyć, gdy ogarnięta rozpaczą kobieta nie zrozumie tego. Nie mogąc wytrzymać w izbie, poszedł znowu wałęsać się bez celu.
Na ulicy zastał mnóstwo mężczyzn i kobiet. Zdawało się, że czekali na niego. Gdy się ukazał, pomruk ozwał się w tłumie. Od kilkunastu już dni gotowała się burza, która miała się teraz nań wyładować. Wznosiły się pięści, kobiety pokazywały go dzieciom gestem nienawiści, starzy spluwali mu pod nogi. Po klęsce popularność zmieniła się we wstręt, podsycany cierpieniem po nieudanych wysiłkach poprawy losu.
Zachariasz nadszedł z Filomeną. Mijając go, zadrwił:
— Patrzcie, jaki tłusty! Krew ludzka tuczy widać!
Levaque stanęła wraz z Bouteloupem w drzwiach mieszkania i wrzeszczeć zaraz poczęła:
— Tak, winą tchórzów jest, że zabijają niewinne dzieci! Idź, szukaj w ziemi i oddaj mi mojego Béberta!
Zapomniała o mężu. Gospodarstwo szło i tak, został przecież Bouteloup. Ale przypomniała go sobie widać, gdyż dodała:
— Łajdaki spacerują, podczas gdy porządni ludzie gniją w kryminale!