Tymczasem pomocnik poganiacza grzał się u ogniska i spoglądał na przybysza. Stefan właśnie zamierzał podnieść swe zawiniątko, gdy głośny kaszel oznajmił mu, że stary wraca. Powoli wyłaniał się z ciemności wraz ze swym żółtym koniem, ciągnącym sześć wózków naładowanych na nowo.
— Czy są fabryki w Montsou? — spytał Stefan.
Stary splunął znowu czarno i głosem przez wiatr przerywanym odparł:
— O, fabryk tu nigdzie nie brak. Inaczej tu było co prawda przed trzema czy czterema laty! Wszędzie huczały maszyny, nie można było nastarczyć robotników... a jakie były zarobki! Teraz inaczej, trzeba przyciągać paska. Prawdziwa nędza panuje w całym kraju, robotnik nie może znaleźć pracy, fabryki zamykają się jedna po drugiej, może to i nie wina cesarza, ale po co mu było wdawać się w wojnę w Ameryce? Wiedzieć musiał przecież, że tam ludzie i zwierzęta poginą na cholerę!
I poczęli obaj żalić się w krótkich, wiatrem przerywanych zdaniach.
Stefan opowiadał dzieje swej tygodniowej, daremnej włóczęgi. Czyż ma umrzeć z głodu? Niedługo roić się będzie po gościńcach od żebraków.
— Tak — mówił stary — to się źle skończy. Bóg się gniewa, że tylu chrześcijan wyrzucono na ulicę.
— Nie co dnia teraz mają ludziska mięso — śmiał się Stefan.
— Ha... żeby tylko co dnia był kawałek chleba — wzdychał stary.
— Tak, tak, żeby chociaż chleb!