Inżynier nie mógł mówić, ściskało go w gardle. Zatoczył się wpółomdlały.
— Ależ nie sposób, by było tak źle! — wołał pan Hennebeau. — Nikt nie widział czegoś podobnego! Badałeś?
Négrel skinął głową i spojrzał podejrzliwie dokoła. Nie chciał mówić wobec dozorców, więc po chwili odprowadził wuja dziesięć kroków na bok i cofał się jeszcze dalej, jakby mu się to zdawało jeszcze za blisko. Potem powiedział mu do ucha, że kopalnię ktoś poderżnął i dogorywa. Dyrektor pobladł i począł też mówić cicho, jak każdy instynktownie czyni, mówiąc o wielkich, nadludzkich zbrodniach. I na cóż było okazywać zresztą, że się drży jeszcze teraz przed dziesięcioma tysiącami górników Montsou? Potem okaże się, czy należy opublikować zbrodnię. I szeptali ze sobą dalej przerażeni, że znalazł się człowiek dość odważny, by zejść w głąb i tam, narażając się ciągle na śmierć, dokonać zniszczenia. Oni tej odwagi pojąć nawet nie mogli, ni uwierzyć w nią mimo dowodów, jak trudno uwierzyć opowiadaniom o ucieczce więźnia przez okno na trzydzieści metrów wzniesione ponad ziemię.
Twarz pana Hennebeau, w chwili, gdy zbliżył się znów do dozorców, drgała konwulsyjnie. Uczynił gest rozpaczy i kazał opróżnić kopalnię. Opuszczono budynki w nastroju pogrzebowym, ostatnimi spojrzeniami żegnając ogromne budowle stojące jeszcze, których jednak nic już uratować nie mogło.
Gdy dyrektor i inżynier ostatni wyszli z hali, powitał ich stojący w podwórzu tłum okrzykami:
— Nazwiska! Nazwiska! Chcemy nazwisk!
Pośród kobiet była też i Maheude. Usłyszawszy o katastrofie przypomniała sobie łoskot tej nocy. Lokator jej i córka wyszli i pewnie są tam na dole. Nawymyślawszy im znowu od nikczemnych tchórzów, których spotyka to, na co zasłużyli, przybiegła i stała w pierwszym szeregu, drżąc ze strachu. Nie miała już wątpliwości, to, co słyszała dokoła siebie, upewniło ją. Tak, tam na dnie była Katarzyna i Stefan. Jeden hajer widział ich. Co do innych, zdania były podzielone. Jeden z górników przysięgał, że wyjechał z Chavalem. Levaque i Pierronka, mimo że żaden z ich bliskich nie był w niebezpieczeństwie, lamentowały też, a Zachariasz pokpiwający zawsze, wyjechawszy jeden z pierwszych, z płaczem objął ramionami matkę. Stał teraz przy niej, drżał jak ona i mówił z wielką serdecznością o siostrze. Nie chciał wierzyć, że została, póki by tego oficjalnie nie usłyszał.
— Nazwiska! Nazwiska! — wołano.
Négrel zdenerwowany krzykiem krzyknął głośno na dozorców.
— Każcie im być cicho! Człowiek może z wściekłości oszaleć. Nie znamy wcale żadnych nazwisk!