Oczy Deneulina rozgorzały.

— Nigdy! — wykrzyknął. — Póki żyję, Montsou nie dostanie Vandame! Byłem we czwartek na obiedzie u Hennebeau i zauważyłem, jak koło mnie chodził. Już zeszłego roku w jesieni podczas rewizji administracyjnej skakali wszyscy ci wielcy panowie koło mnie. O, znam ja owych markizów, książąt, ministrów, generałów! To są rozbójnicy, którzy by radzi ściągnąć z człowieka ostatnią koszulę!

Nie przestawał na nich napadać! Zresztą i pan Gregoire nie stawał w obronie zarządu Montsou. Owych sześciu, ugodą z r. 1760 ustanowionych radców rządziło przedsiębiorstwem w sposób absolutny, w razie śmierci któregoś uzupełniając się w ten sposób, że dobierali sobie jednego spośród najbogatszych akcjonariuszów. Pan Gregoire, będący zwolennikiem tego, co wypada, miał przekonanie, że ci panowie zbyt nieraz daleko posuwają się w pogoni za zyskami i dają się porywać nieraz bezwzględności i brutalności.

Melania weszła, by zebrać naczynia. Psy znowu szczekać poczęły zapamiętale i Honorka skierowała się ku drzwiom, by zobaczyć, co się stało. Ale Cecylka, dusząc się z gorąca i zbyt obfitego posiłku, wstała, mówiąc:

— Nie, nie, nie chodź, to pewnie moja lekcja.

Deneulin powstał również. Spojrzał na dziewczynę wychodzącą właśnie i spytał ze śmiechem:

— I jakże stoi sprawa z małym Négrelem?

— O, to jeszcze bardzo niepewne! — odparła pani Gregoire. — To dopiero pomysł bliżej nieokreślony, musimy się zastanowić.

— Niewątpliwie — ciągnął dalej Deneulin z szelmowskim śmiechem. — Coś słyszałem, jakoby siostrzeniec i ciocia... byli ze sobą... hm! Co mnie jednak zastanawia to to, że właśnie pani Hennebeau rzuca się na szyję Cecylce.

Pan Gregoire przyjął to kwaśno. Taka dystyngowana dama... i do tego o czternaście lat starsza... nie, to niemożliwe. Zresztą nie znosi, by żartować sobie z tak poważnych rzeczy. Deneulin, śmiejąc się ciągle, uścisnął mu rękę i wyszedł.