Mimo że i u niej było porządnie i podłoga co soboty wymyta, obrzuciła zawistnym spojrzeniem gospodyni tę tak czystą stancję, gdzie znajdowały się nawet przedmioty zbytkowne, złocone wazoniki na kredensie, lustro i trzy sztychy w ramach.
W tej chwili właśnie pani Pierron piła kawę i w domu nie było nikogo.
— Napijesz się ze mną szklaneczkę... prawda? — spytała.
— Nie, dziękuję ci, dopiero co piłam w domu.
— A cóż to szkodzi.
Naturalnie nie stanowiło to żadnej przeszkody. Zasiadły obie i piły powoli, a spojrzenia ich wybiegły przez okno na pół zasłonięte słojami cukierków i ciastek i zawisły na domach naprzeciwko stojących, których okna zawieszone mniej lub więcej czystymi firankami dawały świadectwo o nawyczkach i charakterach gospodyń. Firanki pani Levaque były strasznie brudne, zdawało się, że są to ścierki, którymi kilka miesięcy obcierano garnki.
— Nie pojmuję, jak można żyć w takim brudzie! — rzekła pani Pierron.
Ta uwaga rozwiązała język Maheudy. Ach, co by ona dała za takiego jak Bouteloup lokatora. Gdy tylko człowiek umie wziąć się do rzeczy, jest to wyborny interes... można żyć po książęcemu. Naturalnie nie trzeba zaraz brać go do swego łóżka. Prócz tego, mąż pani Levaque to gałgan, pijak, bije żonę i ugania się za subretkami22 po kawiarniach w Montsou.
Pani Pierron nie kryła swego obrzydzenia. Te istoty... to plaga... od nich zarażają się mężczyźni w sposób straszny. W Joiselle jest jedna, która zaraziła całą kopalnię.
W końcu dodała: