Rozmawiała jeszcze z kwadrans, a potem wybiegła szybko narzekając, że zupa dotąd nie gotowa. Dzieci szły znowu do szkoły, a w drzwiach półotwartych mieszkań widać było głowy ciekawych kobiet spoglądających na panią Hennebeau, która szła chodnikiem z gośćmi i wskazywała im różne rzeczy, tłumacząc urządzenie kolonii robotniczych. Robotnik kopiący w ogrodzie podniósł na chwilę głowę, kilka kur spłoszonych przebiegło przez ogrody.
Maheude wracając do domu spotkała się nos w nos z panią Levaque, która wyszła z domu, by schwytać w przelocie doktora Vanderhaghen, lekarza kolonii, małego, wiecznie śpieszącego się człeczka, który z powodu przeciążenia pracą, porad lekarskich udzielał nie zatrzymując się wcale.
— Panie doktorze — mówiła Levaque — sypiać całkiem nie mogę, wszystko mnie boli, chciałabym się poradzić.
Mówił wszystkim ty. Rzekł więc, nie zatrzymując się:
— Daj mi spokój! Pijesz za wiele kawy!
— Panie doktorze, proszę odwiedzić mego męża — ozwała się Maheude — ciągle go bolą nogi, czuje się słabym...
— To ty go osłabiasz! Daj mi święty spokój!
Obie kobiety wzruszyły ramionami, spoglądając za oddalającym się lekarzem.
— Wstąp do mnie! — poczęła Levaque. — Mam ci coś powiedzieć, a przy tym musisz się ze mną napić kawy. Świeżo zrobiłam.
Maheude wzbraniała się, ale w końcu uległa. Cóż to znaczy? Ot łyk jeden, by nie obrazić odmową.