— Piję przy jedzeniu.

Stefan począł go drażnić — zaręczał, że widział go w zbożu z pewną przesuwaczką. Wzruszył ramionami z zupełną obojętnością... Z przesuwaczką? A to na co? Kobietę, o ile była odważna i miała charakter, uważał za kolegę, przyjaciela, jeśli nie, nie wdawał się z nią. I na cóż obciążać sumienie podłym uczynkiem! Nie uznawał żadnych węzłów trwałych, ni rodzinnych, ni żadnych innych, chciał się czuć wolnym w całym tego słowa znaczeniu.

Każdego wieczora, gdy opróżnił się pokój gościnny, Stefan rozmawiał poufnie z Souvarinem. Stefan pił piwo, maszynista palił bez ustanku papierosy, od których pożółkły mu już palce. Wzrokiem śledził chmury dymu, a lewa jego ręka szukała dla siebie nerwowo oparcia. Zazwyczaj brał na kolana wielką, zawsze niemal ciężarną królicę, którą nazwał Pologne24. Zwierzątko zaprzyjaźniło się z nim do tego stopnia, że, gdy się tylko ukazał, biegło, obwąchiwało jego spodnie, stawało na tylnych nogach i skrobało póty pazurami, aż je wziął na kolana. Potem przytulone doń zasypiało najspokojniej, a Souvarine mimowolnym ruchem gładził jedwabistą szarą sierść.

— Wiecie, dostałem list od Plucharta — rzekł jednego wieczora Stefan.

Prócz nich i Rasseunera nie było nikogo. Wszyscy górnicy poszli już spać.

— Ach! — wykrzyknął gospodarz i przybiegł do swych lokatorów. — I cóż pisze?

Od dwu miesięcy Stefan prowadził z nim ożywioną korespondencję, a Pluchart uczył go, jak ma agitować pośród robotników w Voreux.

— Pisze, że związek prosperuje doskonale. Mnóstwo robotników wpisuje się ciągle.

— I cóż ty na to? — spytał gospodarz Souvarina.

— Ot niewinne głupstwo! — odpowiedział, gładząc czule łeb Pologne.