I rozzuchwalony wycisnął jej na szyi całusa.
Wyprężyła się, dreszcz ją przeszedł.
— Daj pokój, łaskoczesz mnie.
Nie groziła mu już jednak policzkiem... Najpierw dlatego, że było to nad jej siły, gdyż ręce miała bezwładne, powtóre, że taki maleńki całus w szyję wydał się jej rzeczą nad wyraz smakowitą; coś jakby likier odurzający dziwnie rozkosznym sposobem. I w końcu sama poczęła poddawać głowę jego całusom, wyciągać szyję i przymilać się jak kotka, kiedy doprasza się pieszczot.
— Czekaj — szepnęła — tu, tu, pod uchem, tu mnie tak swędzi... Och! jak to przyjemnie!...
Zapomnieli oboje kompletnie o starym. Na szczęście był ktoś, co nad nimi czuwał: polowy. Pokazując ich proboszczowi, rzekł:
— Spojrzcie-no, księże proboszczu... Nie lepiej-żeby było pożenić tych dwoje?...
— Obyczajność zyskałaby na tem — odparł ksiądz sentencyonalnie.
I zakarbował sobie w pamięci tę sprawę na dzień najbliższy. Postanowił ją pierwszy poruszyć wobec wójta. Tymczasem La Queue tak się był zdążył urżnąć, że proboszcz z strażnikiem musieli go niemal zanieść do domu, próbując, na gorąco, zapukać po drodze do rozumu starego w sprawie córki; niepodobna wszakże było nic więcej wydobyć z jego gardzieli oprócz niezrozumiałych pomruków. Ich śladem Delfin odprowadzał Margosię światłością nocy pogodnej.
Nazajutrz o godzinie czwartej z południa „Wieloryb” i „Zefir” miały już ułowionych siedm nowych beczek. O szóstej „Zefir” złowił jeszcze dwie, co razem czyniło dziewięć. Natenczas Coqueville postanowiło uroczyście święcić niedzielę, która była zarazem siódmym dniem pijatyki. Feta też to była całą gębą, jakiej jeszcze oko ludzkie nie widziało, i nigdy więcej nie miało zobaczyć. Natrąćcie o tem tylko gdzieś w niżu normandzkim a odpowiedzą wam zaraz ze śmiechem: