Wtem drzwi się znowu otwarły, do pokoju wkroczyły ciężkie stopy.

— Prędko, prędko — ozwała się pani Gabin. — Bo nam tu ta biedaczka lada chwila gotowa wrócić.

Mówiła tak do jakichś obcych ludzi, którzy odpowiadali jej mrukiem.

— Ja, uważacie, nie jestem żadna krewna, tylko sąsiadka... Tylko niechże wam się znów nie zdaje, że tutaj co zarobię... Ot, z dobrego serca zajęłam się jej interesami... Nie wesoła to historya... Dosyć powiedzieć, że całą noc ani nie zmróżyłam oka... A koło czwartej zrobiło się naraz tak zimno... At, głupia byłam całe moje życie... za dobra!

W tej chwili wyciągnięto trumnę na środek pokoju, więc zrozumiałem, co mnie teraz czeka. Byłem skazany! — ponieważ ocknienie, któregom tak gorąco pragnął, nie przyszło. Myśli moje straciły naraz swoją przejrzystość, wszystko zakłębiło się we mnie w czarnym tumanie strachu, a tak bezbrzeżna ogarnęła mnie przytem niemoc, że było prawdziwą ulgą poddać się fatalizmowi wypadków, przestając liczyć na cokolwiek.

— Nie żałowali drzewa — rozległ się ochrypły głos jednego z karawaniarzy. — Koryto jak na wyrost...

— Będzie mu wygodniej — wesoło odparł drugi.

Nie byłem zbyt ciężki, cieszyli się z tego; mając na dół trzy piętra. Kiedy mnie wzięli za nogi i za ramiona, naraz dał się słyszeć gniewny głos pani Gabin.

— Przeklęty bęben! Wszędzie musi nos wetknąć!... Czekaj! dam ja ci zaglądać przez szparę...

To Dédé, uchyliwszy drzwi, wściubiła pewnie do pokoju swą rozczochraną główkę. Chciała zobaczyć, jak pana będą pakować w pudło. Klasnęły dwa rzęsiste policzki, po nich bek. Następnie matka wróciła i dalejże w gawędę o córce z posługaczami, którzy układali mnie tymczasem w trumnie.