Był to lekarz w rzeczy samej. Nie tłómaczył się wcale z tak spóźnionego przybycia. Musiał zapewne zrobić niemało piętr w ciągu dnia. Lampa widocznie bardzo słabo oświetlała pokój, bo zapytał:

— Czy ciało jest tu?

— Tak, panie — odrzekł Simoneau.

Małgorzata podniosła się. Pani Gabin kazała wyjść Dédé, gdyż dziecko nie potrzebuje być obecnym przy takich rzeczach, następnie zaś usiłowała odprowadzić moją żonę pod okno, aby jej oszczędzić przykrej sceny.

— Czy może poświecić panu lampą? — zapytał Simoneau uprzejmie lekarza.

— Nie, to zbyteczne — odrzekł tamten.

Co?!... Zbyteczne?!... Ten człowiek miał życie moje w swych rękach i uważał za rzecz zbyteczną przedsięwziąć dokładne badanie?!... Ależ ja nie byłem umarłym! — chciałem w niebogłosy krzyczeć, że umarłym nie jestem!

— O której godzinie zmarł? — zapytał.

— O szóstej rano — odparł Simoneau.

Wściekły bunt podniósł się we mnie w spętaniu straszliwych więzów, co pozbawiły mnie władz wszystkich. Ach! nie módz się odezwać!... nie być w stanie uczynić jednego ruchu w podobnem położeniu!...