Nachmurzył się jak zwykle, a może nawet bardziej. Trzykrotnie wchodził na kasztel i spoglądał na hiszpański żaglowiec, ze zniecierpliwieniem machając ręką, i trzykrotnie zeń zbiegał, zatrzymując się dopiero na dziobie, z oczyma utkwionymi w tarczę księżyca, który powoli wschodził nad horyzontem, rozlewając na powierzchni morza srebrzystą poświatę.
Gdy do jego uszu dobiegł dźwięk szalupy ocierającej się o burtę, pośpieszył do drabinki zawieszonej na bakburcie.
Honorata wspinała się lekko jak ptak, prawie nie przytrzymując się szczebelków. Miała na sobie poranne szaty, lecz głowę osłoniła obszernym szalem z barwnego jedwabiu, przetykanym złotą nicią i obszytym frędzlami.
Czarny Korsarz czekał na nią z kapeluszem w ręku, z lewą dłonią opartą na szpadzie.
— Dziękuję, pani, że zechciałaś zaszczycić mój statek swoją obecnością — powitał ją.
— To ja powinnam ci podziękować za to, że zechciałeś mnie tu zaprosić — odparło dziewczę, pochylając lekko głowę. — Nie zapomniałam, że jestem twoim więźniem.
— Nawet morski rozbójnik wie, co to dobre maniery — odparł z lekką ironią Czarny Korsarz.
— Masz do mnie żal za nieopatrznie wypowiedziane rano słowa?
Czarny Korsarz nie odpowiedział. Skinieniem ręki zachęcił ją, aby poszła za nim.
— Chciałabym zadać ci pytanie — powstrzymała go.