Posiedział pół godziny na mostku, spoglądając roztargnionym wzrokiem w kierunku rysującego się wyraźnie na tle jasnego horyzontu pasma górskiego, które niemalże pionowo wyrastało z wody. Po chwili jednak zszedł na pokład i zasłaniając twarz szerokim rondem kapelusza, krążył nerwowo między masztami. Naraz jakby uderzyła go jakaś myśl, której rozkazu musiał usłuchać: wrócił na mostek, wszedł na rufę i stanął przy burcie.
Jego wzrok powędrował w stronę fregaty płynącej w odległości około sześćdziesięciu kroków.
Nagle coś przykuło jego uwagę. Drgnął i cofnął się; jego ponura, blada twarz rozjaśniła się na ułamek sekundy, a nawet lekko zarumieniła.
Na dziobie dojrzał białą postać opartą o kołowrót. Była to młoda Flamandka, owinięta w długi płaszcz. Jasne, rozpuszczone włosy w malowniczym nieładzie opadały jej na ramiona, a bryza morska igrała z nimi, splątując je ze sobą.
Postać spoglądała w stronę „Błyskawicy”, prosto w miejsce, gdzie znajdował się Czarny Korsarz. Podbródek wsparła na dłoniach i zastygła nieruchomo w zamyślonej pozie.
Czarny Korsarz nie uczynił żadnego gestu, nawet jej nie pozdrowił. Złapał się obiema rękami burty, jakby bał się, że coś może go od niej oderwać, i wpatrywał się w oczy dziewczyny. Fascynowało go to stalowoszare spojrzenie, zapierało mu dech w piersiach.
Czar, który go ogarnął, obcy człowiekowi o takim harcie ducha, ulotnił się po kilku chwilach.
Czarny Korsarz niemal natychmiast pożałował, że dał się zahipnotyzować spojrzeniu dziewczyny. Zdecydowanym ruchem oderwał ręce od burty i cofnął się.
Spojrzał na sternika, który stał dwa kroki od niego, potem przeniósł wzrok na morze, rzucił okiem na żagle. Przez cały czas się cofał, nie mogąc się zdecydować, czy zerwać to wzrokowe połączenie. Ponownie spojrzał w jej kierunku.
Dziewczyna nie poruszyła się. Oparta o kołowrót, podpierając podbródek dłońmi, pochyliła do przodu jasnowłosą główkę i wpatrywała się swoimi wielkimi oczami w pirata. Z jej nieruchomych źrenic bił intensywny, niepowstrzymany blask.