Czarny Korsarz wstał. Omiótł wzrokiem wybrzeże, po czym zwinnie zeskoczył na ziemię i przywiązał łódź do jednej z gałęzi.
— Zostawcie muszkiety — rozkazał Van Stillerowi i Carmaux. — Macie pistolety?
— Tak, kapitanie — odpowiedział hamburczyk.
— Wiecie, gdzie jesteśmy?
— Jakieś dziesięć, dwanaście mil od Maracaibo.
— Zdołamy zakraść się tam dzisiejszej nocy?
— To niemożliwe, kapitanie. To nieprzebyty gąszcz i nie damy rady się przez niego przedrzeć przed świtem.
— Musimy więc zaczekać do jutrzejszego wieczora?
— Chyba że chcesz podjąć ryzyko i pojawić się w mieście za dnia. W przeciwnym razie musimy odczekać.
— Pojawienie się w mieście za dnia byłoby nieostrożnością — odparł Czarny Korsarz, jakby mówił do siebie. — Gdybym miał wsparcie swojego statku, który mógłby nas w każdej chwili zabrać na pokład, byłbym gotów podjąć takie ryzyko, ale „Błyskawica” żegluje teraz daleko, po wodach wielkiej Zatoki Wenezuelskiej.