— Cofnijcie się wszyscy! — krzyknął Czarny Korsarz w obawie, że zwierzę zaraz wróci i się na nich rzuci.
— Do stu hamburskich piorunów! — krzyknął Van Stiller, który na szczęście w starciu z drapieżnikiem nie odniósł żadnych obrażeń. — Trzeba go zastrzelić, żeby uśmierzyć jego głód!
— Żadnego strzelania, powiedziałem! — odparł Czarny Korsarz.
— Już miałem mu rozwalić łeb — odezwał się głos za plecami.
— Wciąż żyjesz! — wykrzyknął Czarny Korsarz.
— A zawdzięczam to kirysowi z bawolej skóry, który noszę pod kaftanem, panie — powiedział Katalończyk. — Gdyby nie on, zwierzę rozharatałoby mi klatkę piersiową swoimi pazurami.
— Uwaga! — krzyknął w tej chwili Carmaux. — Ten przeklęty kocur znów pręży się do skoku!
Ledwo skończył zdanie, a zwierzę wykonało dwudziestostopowy skok zakończony na kilka kroków przed Czarny Korsarzem, nie zdążyło jednak skoczyć po raz kolejny, bo szabla nieustraszonego wilka morskiego przeszyła pierś zwierzęcia, które śmiertelnie ugodzone padło na ziemię. Wtedy Afrykańczyk kolbą swojego ciężkiego muszkietu roztrzaskał mu czaszkę.
— Idź do diabła! — krzyknął Carmaux i wymierzył drapieżnikowi siarczystego kopniaka, chcąc się upewnić, czy rzeczywiście padł trupem. — Co to za zwierzę?
— Zaraz się dowiemy — powiedział Katalończyk, chwytając zwierzę za ogon i wlokąc je na niewielką, oświetloną księżycową poświatą polanę.