— O, teraz! Słyszałeś? Złamała się gałąź.
— Ja niczego nie słyszałem, ale jeśli to prawda, co mówisz, ktoś się do nas zbliża.
— Tak, kamracie.
— Kto to może być? Czy mój czarny przyjaciel poza świetnym słuchem nie ma przypadkiem kociego wzroku?
— Widzieć nie widzę niczego, jedynie słyszę, że ktoś się do nas zbliża.
— Jestem gotów do strzału. Siedź cicho i słuchaj.
— Połóż się, biały kamracie, w przeciwnym razie dosięgną cię strzały.
— Dobra rada nie jest zła. Zwłaszcza że nie mam najmniejszej ochoty zdechnąć nafaszerowany trucizną.
Obaj wyciągnęli się jak dłudzy w trawie, dając znak Van Stillerowi, który znajdował się po drugiej stronie, żeby poszedł w ich ślady. Następnie zaczęli nasłuchiwać, nie wypuszczając muszkietów z rąk.
Wszystko wskazywało na to, że ktoś się zbliżał. W odległości ponad pięćdziesięciu jardów, pośród leśnej gęstwiny, co jakiś czas dało się słyszeć szelest liści i odgłos łamanych gałęzi.