— To ludzie Van Goulda?

— Tak, to dwóch żołnierzy, nie mam co do tego wątpliwości, choć ogień zniekształcił już ich twarze.

— Co zatem radzisz zrobić?

— Mój panie — powiedział Katalończyk, posyłając w stronę Czarnego Korsarza błagalne spojrzenie. — Czy chciałbyś wydrzeć ich ze szponów tych okrutników i zapewnić im godny pochówek?

— Ale to naraziłoby nas na niebezpieczeństwo. Arawakowie by nam tego nie odpuścili.

— Niestraszne mi te dzikusy — powiedział z dumą Czarny Korsarz. — Poza tym to tylko dwa tuziny.

— Być może na ucztę sprosili swoich współplemieńców. Nie sądzę, żeby sami byli w stanie zjeść dwóch ludzi.

— Zanim więc zjawią się tu pozostali goście, my zdążymy pochować twoich rodaków. Carmaux i Van Stiller, macie świetne oko, nie chybcie więc celu.

— A ja się rozprawię z tym olbrzymem, który właśnie doprawia pieczeń ziołami — odpowiedział Carmaux.

— Tymczasem ja — odrzekł hamburczyk — rozłupię czaszkę temu, który opieka na widłach pieczeń.