— Uciekajmy stąd, bo inaczej za pięć minut zwali nam się na głowę całe plemię.

— Zrobione, kapitanie — powiedział Carmaux, ugniatając nogami ziemię, pod którą znaleźli spoczynek żołnierze z oddziału Van Goulda.

— Panie — zwrócił się Katalończyk do Czarnego Korsarza. — Jeśli zaczniemy uciekać, na pewno ruszą za nami w pogoń. Schowajmy się tam, pośród tamtego listowia na pewno nas nie zauważą — powiedział, wskazując rosnące nieopodal drzewo, które było tak duże, że samo mogłoby wystarczyć za las.

— Spryciarz z ciebie, kamracie — powiedział Carmaux. — Za mną, marynarze!

Najpierw Moko, a zaraz za nim Katalończyk i piraci rzucili się biegiem w stronę tego leśnego olbrzyma, chcąc jak najszybciej schronić się w jego gałęziach.

Tym drzewem była summameira (Eriodendron summauma), jedno z największych rosnących na terenach Gujany i Wenezueli drzew. Od jego pni odchodzą liczne gałęzie, sękate i bardzo długie, pokryte białą korą i gęstym listowiem. Wspierają się one na tak zwanych korzeniach przybyszowych, dzięki którym z łatwością można było dosięgnąć gałęzi, kontynuując dalej wspinaczkę nawet na wysokość ponad stu sześćdziesięciu stóp.

Carmaux usadowił się na rozwidlonej gałęzi. Wtem poczuł, że ta zaczęła się kołysać, zupełnie jakby ktoś usiadł na drugim jej końcu.

— To ty, Van Stiller? — zapytał. — Czy mam przez ciebie spaść i skręcić sobie kark? Niewiele trzeba, żeby pogruchotać sobie kości.

— Przecież Van Stiller siedzi nade mną — odparł Czarny Korsarz.

— W takim razie kto tak kołysze? Czyżby jakiś sprytny Indianin też postanowił się tu schronić?