— Ty zdrajco! — krzyknął Czarny Korsarz, gotując się ze złości. — Ognia, strzelać do nich!
Van Stiller i Carmaux uklękli na piasku i wycelowali muszkiety. Chwilę później dało się słyszeć dwa strzały.
Na szerokich wodach jeziora rozległ się krzyk i ktoś spadł do wody. Ale łódka, zamiast przystanąć, oddalała się od brzegu w jeszcze większym pośpiechu, kierując się w stronę południowych brzegów i ginąc w mrokach, które na tej szerokości geograficznej zapadały z niezwykłą prędkością.
Czarny Korsarz, pijany wręcz wściekłością, rzucił się biegiem ku plaży z nadzieją, że znajdzie jakąś porzuconą łódkę.
— Kapitanie, spójrz! — krzyknął nagle Carmaux.
— Czego chcesz? — zapytał Czarny Korsarz.
— Tam jest jakaś łódź.
— Dopadnę tego łotra! — krzyczał Czarny Korsarz.
W odległości dwudziestu jardów od nich, w małej zatoczce, którą osuszył odpływ, znajdowała się niewielka indiańska łódka wydrążona w pniu cedru, na pierwszy rzut oka dość ciężka, ale w praktyce te tubylcze wynalazki potrafią doścignąć łodzie z prawdziwego zdarzenia.
Czarny Korsarz wraz z towarzyszami rzucili się pędem w kierunku małej zatoczki i energicznym ruchem zepchnęli łódkę do morza.