Tymczasem Van Gould i towarzyszący mu oficer weszli na pokład karaweli i powiadomili jej kapitana o zagrażającym im niebezpieczeństwie. Marynarze natychmiast zaczęli się uwijać, brasując żagle.
— Szybciej! — krzyknął Czarny Korsarz.
— Hiszpanie zaraz rozpoczną pościg.
— Jeszcze jakieś sto jardów do brzegu — odpowiedział Carmaux.
W tej właśnie chwili coś błysnęło, kłąb dymu zasnuł dziób statku, po czym grad pocisków spadł na przybrzeżne skały.
— Szybciej, szybciej — poganiał piratów Czarny Korsarz.
Karawela przepłynęła obok cypla i przygotowywała się do zmiany kursu. Spuszczono na wodę trzy szalupy, które miały rozpocząć pościg za piratami. Carmaux i Van Stiller zamierzali pod osłoną przybrzeżnych skał jak najszybciej oddalić się z plaży.
Dobili do brzegu. Czarny Korsarz zabrał z łodzi muszkiety i skierował się w stronę najbliższych drzew, szukając za nimi schronienia.
Carmaux i Van Stiller, widząc w oddali błysk płonącego lontu na dziobie karaweli, padli na wznak za szalupą i skulili się w piasku. Ten manewr ocalił im życie, albowiem kilka sekund później kolejna armatnia salwa obróciła w perzynę krzaki i rosnące na plaży palmy, a ważąca trzy funty kula wystrzelona z działa mniejszego kalibru, które znajdowało się na rufie, roztrzaskała w drzazgi łódź piratów.
— Teraz! — krzyknął Czarny Korsarz.