— Do tego wystarczy Murzyn, kapitanie.

— Nie, Murzyn jest silny jak Herkules, więc pomoże mi przenieść zwłoki mojego brata. — Chodź, Carmaux, wkrótce wypijemy butelkę hiszpańskiego wina w Maracaibo.

— Do stu zdechłych wielorybów! O tej porze, kapitanie? — zawołał zdziwiony Carmaux.

— A co, strach cię obleciał?

— Gdzieżby znowu, za tobą poszedłbym choćby do piekła zagrać na nosie samemu Belzebubowi, ale boję się, że nas złapią.

Drwiący uśmiech wykrzywił wąskie wargi Czarnego Korsarza.

— To się jeszcze okaże — odparł. — Chodź!

Rozdział IV. Pojedynek w Maracaibo

W owych czasach Maracaibo było jednym z najważniejszych miast w Zatoce Meksykańskiej znajdujących się w posiadaniu hiszpańskich kolonizatorów, choć liczba jego mieszkańców nie przekraczała dziesięciu tysięcy.

Położone malowniczo na południowym krańcu Zatoki Wenezuelskiej, naprzeciw przesmyku otwierającego się na wody szerokiego jeziora o tej samej nazwie, które wcina się daleko w głąb lądu, Maracaibo od samego początku stało się ważnym ośrodkiem handlu, do którego sprowadzano wszystkie produkty z pozostałych wenezuelskich miast.