Na rozkaz swoich dowódców od razu ruszyli przed siebie, zbierając po drodze drewniane belki i wielkie gałęzie, niezbędne do skonstruowania naprędce kładki, która umożliwiłaby im przedostanie się na drugą stronę rozległych grzęzawisk.
Gdy tylko dotarli na brzeg bagniska, ich oczom ukazały się wymierzone w nich hiszpańskie działa, które znajdowały się na drugim jego końcu. Na sam początek — dla odstraszenia przeciwnika — Hiszpanie oddali kilka ostrzegawczych salw. Nie na tyle silnych jednak, żeby przestraszyli się ich zahartowani w niejednym boju piraci.
Nagle dały się słyszeć wojenne okrzyki Czarnego Korsarza i Michała Baska:
— Naprzód, wilki morskie!
Piraci, słysząc zagrzewające do boju zawołanie swoich dowódców, zaczęli budować z przytaszczonych ze sobą belek i gałęzi pomost, po którym mogliby przedostać się na drugą stronę grzęzawiska. Jednocześnie w ogóle nie zważali na nieprzyjacielskie działa, które z minuty na minuty intensyfikowały ostrzał, w wyniku którego co chwila dookoła wzbijały się w powietrze fontanny wody zmieszanej z błotem.
Przeprawa przez bagna stawała się z każdym krokiem coraz bardziej niebezpieczna. Kładka, którą na bieżąco budowali, była zbyt mała, żeby mogli się po niej przedostać wszyscy. Piraci spadali z belek, zapadając się w bagno po sam pas. I gdyby nie ich towarzysze broni, trudno by im się było z niego wydostać. W dodatku, jakby tego było mało, zabrali ze sobą niewystarczające zapasy drewna do wybudowania mostu niezbędnego do przeprawy na drugą stronę mokradeł.
Musieli więc raz po raz zanurzać się w bagnie i układać kładkę na bieżąco, wykorzystując te belki, po których już przeszli. Przy silnym, nieprzerwanym ostrzale nieprzyjacielskim było to nie tylko trudne, ale i niebezpieczne ze względu na muliste dno, w którym coraz bardziej się zapadali.
Tymczasem Hiszpanie wzmogli ostrzał. Kule świstały między trzcinami, cięły je i siekały, wzbijając do góry fontanny błotnistej lawy i kładąc trupem żołnierzy znajdujących się na pierwszej linii natarcia, pozbawionych jakiejkolwiek skutecznej możliwości obrony, wszak mieli oni przy sobie zaledwie pistolety, których zasięg był niewystarczający.
Czarny Korsarz i Michał Bask zachowali jednak pośród tego bitewnego zgiełku zimną krew. Nie tylko zagrzewali okrzykami swoich ludzi do walki, ale wspomagali ich także własnym przykładem, dodawali otuchy rannym, ustawicznie się przemieszczali — raz dopingowali tych, którzy byli na samym przedzie, po czym cofali się i wspierali tych, którzy nieśli drzewne pnie i grube gałęzie, wskazując im osłonięte roślinnością miejsca, w których mogliby się schronić przed ostrzałem, nie narażając się na pewną śmierć.
Mimo że piraci zaczęli już powoli powątpiewać w powodzenie tej wyprawy, uważając ją za prawdziwe szaleństwo, nie tracili ducha walki i uparcie nacierali, przekonani, że aby przełamać opór Hiszpanów, wystarczy przedostać się na drugi koniec grzęzawiska.