Jedynie jego oczy, rozświetlone ponurym blaskiem, zdradzały wewnętrzne wzburzenie. Ani na chwilę nie odwracał wzroku od wroga, jakby chciał go zahipnotyzować i wytrącić z równowagi. Gapie przerwali okrąg i usunęli się, by ustąpić miejsca szlachcicowi, który cofał się nieustannie, zbliżając się do przeciwległej ściany. Carmaux przyglądał się pojedynkowi z uśmiechem, nie miał bowiem wątpliwości co do jego rozstrzygnięcia.
W pewnym momencie dryblas uderzył plecami o mur. Zbladł jak płótno, a wielkie krople potu zrosiły mu czoło.
— Dość już — wycharczał zmęczonym głosem.
— Nie — odrzekł Czarny Korsarz złowrogo. — Moja tajemnica musi umrzeć razem z tobą.
Ogarnięty strachem przeciwnik skulił się w sobie, po czym rzucił się naprzód, wyprowadzając kilka ciosów jeden po drugim.
Nieruchomy niczym skała Czarny Korsarz odparował wszystkie z jednakową szybkością.
— Teraz przybiję cię do ściany — zagroził.
Sparaliżowany strachem dryblas, przeczuwając swój rychły koniec, wrzasnął jak opętany:
— Pomocy! To jest Cza...
Lecz szpada Czarnego Korsarza przeszyła mu pierś, przygwożdżając go do ściany i gasząc ostatnie słowa na jego ustach.