Czarny Korsarz, którego szpada przewyższała długością navajas i który we władaniu nią mógł poszczycić się wyjątkowymi umiejętnościami, narzucał wrogom warunki toczonego pojedynku. Kordelas Carmaux z kolei był wyraźnie krótszy i pirat musiał więc mieć się na baczności i co rusz powracać do pozycji wyjściowej.
Siedmiu mężczyzn było pochłoniętych zawziętą walką. Rozdawali i parowali ciosy, wysuwali się naprzód, cofali, uskakiwali na prawo i na lewo, a ostrza ich oręża krzyżowały się ze szczękiem.
W pewnym momencie jeden z Basków stracił na chwilę równowagę, potknął się, nieopatrznie odsłaniając pierś. Wówczas Czarny Korsarz błyskawicznie doskoczył do przeciwnika, zadając mu decydujący cios.
Ugodzony szpadą Bask padł bez życia na ziemię.
— Pierwszy! — krzyknął Czarny Korsarz do pozostałych. — Następny proszę!
Pozostali dwaj Baskowie wcale się nie ulękli. Nie cofając się ani o krok, stali przez chwilę niewzruszeni naprzeciw pirata. Raptem zwinniejszy z nich pochylił głowę ku ziemi, wysunął do przodu owinięte serape ramię i ruszył do ataku, zupełnie jakby chciał zadać groźny cios w parte baja, czyli w podbrzusze. Odpowiednio wymierzony rozpruwa wnętrzności. To była jednak tylko zmyłka, bowiem Bask niespodziewanie się wyprostował, uskoczył w bok, zamierzając zajść przeciwnika od tyłu, by wyprowadzić desjaretazzo, wspomniane już śmiertelne pchnięcie w plecy.
Czarny Korsarz jednak uchylił się z kocią zwinnością, po czym rzucił się do przodu z wyciągniętą szpadą, lecz jej ostrze utknęło w owijającym ramię przeciwnika serape. Próbował na powrót ustawić się w pozycji do ataku, dogodnej do parowania ciosów, które teraz zadawał mu drugi z Basków, gdy nagle z jego piersi wyrwał się krzyk wściekłości.
Ostrze szpady złamało się w połowie pod naporem ramienia wroga, który szykował się do zadania mu desjaretazzo.
Odskoczył w tył, wymachując resztką szpady i krzyknął:
— Carmaux! Do mnie!