— Jesteś odważny, hrabio — skomplementował przeciwnika Czarny Korsarz i opuścił szpadę. — Nie chciałeś dobrowolnie złożyć broni, więc teraz ci ją odbiorę, ale oszczędzę ci życie.
Kastylijczyk stał nieruchomo. Na jego twarzy wymalowało się głębokie zdumienie. Nie mógł uwierzyć, że wciąż żyje. W pewnej chwili zrobił dwa kroki do przodu i uścisnął prawicę Czarnego Korsarza, mówiąc:
— Moi rodacy mówią, że piraci to wiarołomcy, nie przestrzegający żadnych zasad, pochłonięci tylko rabowaniem statków, ale teraz widzę, że wśród nich żyją także ludzie honoru, którzy pod względem wielkoduszności i dobrych manier mogą prześcignąć najwaleczniejszych europejskich szlachciców.
Czarny Korsarz odwzajemnił serdeczny uścisk, po czym podniósł szpadę z ziemi, wręczył ją hrabiemu i rzekł:
— Zatrzymaj broń, mości hrabio, zadowolę się przyrzeczeniem, że nie użyjesz jej przeciw nam aż do jutra.
— Przysięgam na swój honor.
— A teraz pozwól, że cię skrępujemy. Nie stawiaj oporu. Przykro mi uciekać się do tej konieczności, ale nie mogę tego zaniechać.
— Rób, co uważasz za słuszne.
Na znak dany przez Czarnego Korsarza Carmaux podszedł do Hiszpana i związał mu ręce, po czym przekazał go Moko, który bezzwłocznie zaprowadził do pokoju na piętrze, gdzie znajdowali się pozostali jeńcy.
— Oby skończyło się to pielgrzymowanie — zwrócił się Carmaux do Czarnego Korsarza.