Van Stiller mówił prawdę. Na końcu ulicy stało w grupkach około pięćdziesięciu mieszczan. Rozmawiali z ożywieniem i wskazywali na dom notariusza, a w oknach sąsiednich budynków pojawiały się i znikały twarze mieszkańców.

— Moje obawy się sprawdziły — wyszeptał Czarny Korsarz, pocierając czoło. — Widocznie los tak chciał, że mam zginąć w Maracaibo. Tak jest zapisane w księdze przeznaczenia. Biedni piraci! Nie tylko polegli, ale nawet nie zostaną pomszczeni. Ale nie ma co krakać! Jednak śmierć jeszcze nie nadeszła, a los sprzyja piratom z Tortugi. Carmaux, do mnie!

Carmaux pośpieszył na wezwanie:

— Na rozkaz.

— Mówiłeś, że znalazłeś amunicję.

— Tak, beczkę prochu, będzie jakieś osiem, dziesięć funtów40.

— Przenieś ją do korytarza i ustaw pod drzwiami. I nie zapomnij o loncie.

— Do stu piorunów! Wysadzimy dom w powietrze?

— Tak, jeśli będzie to konieczne.

— A jeńcy?